poniedziałek, 6 października 2014

„Tylko mnie nie zarzynać…”

            - Tylko mnie nie zarzynać i nie okradać – powiedział Rafał, kiedy zamknąłem za sobą drzwi.
            - W sumie nie myślałem, o tym ale to ciekawy pomysł – odparłem.
            Chłopak roześmiał się szeroko, po czym odebrał dzwoniący do niego telefon i ruszył na trasę. Rozmawiał przez zestaw głośnomówiący, z kolegą który za kilka dni się ma przeprowadzić do nowego mieszkania z żoną, czekają też na dziecko. Rafał zaproponował, żeby kolega powiedział mu kiedy i o której się przeprowadza to on weźmie dzień wolny i mu pomoże, ale kolega odparł że przecież ma od tego ludzi – swoich pracowników, i że będzie dobrze. Zaprosił Rafała do siebie w weekend, ale ten powiedział że właśnie jedzie do Poznania, a w weekend akurat się umówił z Martusią.
            - A jak z tamtą… Anią? Czy jak ona była? – zapytał kolega.
            - Agata. Ale to już nieaktualne. Zresztą potem jeszcze Gosia była.
            Rozmówca się roześmiał.
            - A jak tam dzidzia? – dopytywał „mój kierowca”.
            - No powoli. Jeszcze kilka tygodni. A jak tam u ciebie z mieszkaniem?
            - No, stary, ja się przeprowadzam teraz już normalnie do Warszawy, na Pragę, no zresztą wiesz…
            - No wiem. A jak z kredytem?
            - No stary, ja ci powiem że jest. To znaczy, jeszcze nie dostałem konkretnie na piśmie, ale rozmawiałem z kolegą który pracuje w banku, że na pewno będzie.
            - Aha.
            - Bo ja do kilku banków składałem, wiesz jak jest teraz. Jak chcesz to ja zadzwonię do tego mojego kolegi, może ci jakoś pomoże.
            - Nie, nie… Spoko. Ja tam coś załatwiał, powinno być dobrze.
            - No, jak coś to wiesz…
            - Dzięki. To się odzywaj jak wrócisz do Warszawy i będziesz miał czas.
            - Spoko, spoko. No, to na razie.

Rozłączył się.

            - A to teraz taki kłopot, żeby kredyt dostać jest? - spytałem.
            - No, stary. A ile ty masz lat?
            - 25.
            - No. To te osiem lat temu, to się jeszcze nie interesowałeś tematem pewnie mieszkań i kredytów…
            - No ja do tej pory się za bardzo nie interesuję.
            - No to lepiej dla ciebie. Ale chodzi o to, że te osiem czy dziesięć lat temu, to kredyt dostać było bardzo łatwo. Naprawdę. A teraz, to tak cię sprawdzają, na wszystkie strony, zdolność kredytowa, praca, dochody, rodzina, coś tam, sroś tam. No masakra.
            - A czym się zajmujesz?
            - No ja to w sumie po prostu jeżdżę po Polsce i wciskam ludziom kit.
            - Czyli, że co?
            - No jestem komiwojażerem.
            - I sprzedajesz garnki?
            - Nie… Wsadzam produkt do sklepów. Tak jak teraz, jadę do Poznania. Jutro rano mam spotkanie z potencjalnym kupcem. Wiesz jak jest, no to taka robota że czasem trzeba posmarować, czasem zabrać na imprezkę, czasem wycieczkę, czasem na dziwki. I tak chodzisz z tymi ludźmi, dbasz żeby się dobrze czuli i przypominasz co jakiś czas żeby nie zapomniał, że ma kupić od ciebie conieco.
            - A co to za produkt.
            - Kurde… No, kleje do glazury sprzedaje. Nie tylko co prawda, ale głównie. Pewnie znasz. Kiedyś była taka reklama, z tym znanym takim tym… no takim znanym kolesiem. Nie ważne.

            Jedziemy chwilę w milczeniu.

            - Ale to są pierdoły straszne. To znaczy, wiesz, kasa jest ale robota chujowa bo to korporacja. Co parę dni przychodzi ktoś do ciebie i ci pod nosem coś brzdąka, że będą redukcje pracowników, że mało pieniędzy, że coś tam i generalnie daje do zrozumienia, żebyś lepiej udawał że zapierdalasz.
            - I co? Pasuje ci to?
            - No, powiem ci, że nie narzekam w sumie. Ale znasz złotą zasadę: „miej wyjebane, a będzie ci dane”.

            Potem klasycznie zeszło na temat autostopu i tego że Rafał sam nigdy tak nie jeździł, ale za to często jeździ autem za granicę i tak na przykład rok temu był w Odessie ze znajomymi i nie mieli gdzie spać. Zagadali z kimś w barze (o ile dobrze pamiętam) i człowiek zaproponował im bardzo tani hotel. Zgodzili się od razu, poczekali chwilę na kogoś, kto miał ich zaprowadzić na miejsce i nagle pojawił się wielki, łysy gość w czarnej skórze, który okazał  się być bardzo miłym człowiekiem i faktycznie ich zaprowadził, wszystko wytłumaczył (na tyle, na ile byli w stanie się porozumieć).
            Każdy dostał pokój, Rafał akurat najmniejszy, gdzieś na dole ale zupełnie mu to nie przeszkadzało. Położył się i śpi. Aż w pewnym momencie za ścianą ktoś zaczął uprawiać bardzo głośny i bardzo intensywny seks. Trwało to może dwadzieścia minut, po czym ludzie z pokoju wyszli. Rafał starał się więc spać dalej, ale za jakiś czas ktoś wszedł do tego samego pokoju i historia powtórzyła się na nowo.
            - Wtedy już mniej więcej wiedziałem „co jest pięć”, ale tak z czystej ciekawości poszedłem na recepcję się dopytać. Wychodzę, a na tam na kanapie siedzi z dziesięć lasek, ubranych jak do pierwszej sceny niemieckiego pornosa i się do mnie uśmiechają. No to się uśmiechnąłem, a co.
            Na recepcji siedziała młoda dziewczyna, która skończyła polonistykę, więc bez problemu się dogadali. Wyjaśniła mu, na czym polega to miejsce, i że po za tym jest to normalny hotel, ale nie każdemu to odpowiada.

            - Mnie tam odpowiadało – uśmiechnął się Rafał i odebrał kolejny telefon przez zestaw głośnomówiący. Rozmowa była bardzo podobna do poprzedniej: kredyt, praca, odwiedziny w Warszawie, nie może bo się umówił z Martusią, przedwczoraj zachlał z kumplem. Potem była kolejna taka rozmowa. I kolejna. Aż w końcu wysadził mnie na stacji benzynowej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz