poniedziałek, 10 sierpnia 2015

„Myślałem ze cipki też maja w poprzek...”

Białoruś.
Mężczyzna, 65 lat, biały transporter.

            - Ja gadam po polsku przez jeden dzień raz na osiem dni – mówi zniekształcając pokrytą zmarszczki twarz  uśmiechem.
            - Jak to?
            - No bo co osiem dni jeżdżę do Białegostoku.
            - Sprzedawać? – pytam, nakierowany na tą myśl jego transporterem z wyjętymi z tyłu fotelami, typowo pod handel.
            - Nie. Ja już nic nie sprzedaję. Ja już tylko kupuję.
            Nie powiedział jak ma na imię. Odpala papierosa od papierosa. Z tyłu na pace leży materac z pościelą i poduszką. Nic poza tym. Obok mnie leży duży termos, zapalniczki, telefon komórkowy, jakieś śmieci. Śmierdzi palonym tytoniem i stęchlizną.
            - A żona u ciebie jest? – pyta.
Kręcę głową, że nie.
            - No to jak to? A ile ma lat?
            - Dwadzieścia siedem – w Białorusi to nie jest normalne, że masz tyle lat i nie masz ślubu.
            - No to jak to tak, bez żony?
            - Nie spotkałem, żadnej dobrej.
            - A co to znaczy dobrej?
            - No mądrej na przykład.
            - No to się spóźniłeś! Ja poznałem w swoim życiu tylko trzy mądre kobiety.
            Taka odpowiedź wymusiła długą i pełną oczekiwania pauzę.
- Wiesz jakie? – dopytuje.
            - Jakie?
            - Margaret Thatcher, Angela Merkel i moja matka… no i może moja żona.
            - No to raczej nie dla mnie.
            Roześmiał się po raz pierwszy…
            - Co myślisz o Łukaszence? – pyta i zerka podejrzliwie.
            - No nie wiem… Nie poznałem osobiście – chciałem zażartować. – A pan co myśli?
            - Ja to bardzo chciałbym go zobaczyć… W białych butach i w tym… Jak to się mówi po polsku? W trumnie!
            - A jak Łukaszenki nie będzie, to co będzie?
            - Wojna!
            - No to chyba nie dobrze.
            - Lepsza wojna niż takie gówniane życie.
            - No jak to… A ma pan rodzinę?
            - Żona, dwie córki, wnuczka…
            - No to szkoda rodziny.
            - A ja mam na wsi domek. Schowam ich wszystkich i sam pójdę. A ty w wojsku byłeś?
            - Nie.
            Wzdycha pogardliwie i jedzie dalej, paląc kolejnego papierosa. Ciężko się oddycha, ale pogoda nie pozwala na otwieranie okna za bardzo. Okazuje się, że mężczyzna ten był 28 lat w armii białoruskiej - radzieckiej tym samym - i walczył na przykład w Afganistanie przez półtora roku.
            - Dwie paski i jedna gwiazdka – mówi.
            Major.
Mówi, że lubi jeździć czołgiem i że najchętniej zabiłby Putina, Łukaszenkę i Janukowycza (o ile ten jeszcze żyje). Pytam, czy jako major nie bywał blisko z Łukaszenką wiele razy?
Bywał. Czemu więc go nie zabił, skoro ma taką ochotę?
            - Bo ich wszystkich to trzeba za jaja powiesić, żeby wszyscy widzieli… - i się uśmiecha.
            - Ale wojna straszna jest. Ludzie umierają.
            - No ludzie umierają, takie życie… A wojna będzie. Rosja pół Europy zajmie. A potem będzie wojna dalej i Polska będzie od morza do morza.
            - Polska? – zdziwiłem się.
            - Tak – potwierdził momentalnie.
            - A pan to sam tak wie, czy gdzieś czytał?
            Czytał. W jakichś starych książkach. Już nie pamięta…
            - A może będzie wojna Rosja-Chiny?
            - Nie – odpiera. – Bo Ruskim nie wystarczy nabojów, żeby wystrzelać żółtków. Zresztą… Chińczyk jest mądry. On nie taki jak Ruski. Ruski to raz raz na wojnę. A Chińczyk nie. Chińczyk to chytry jest… Zresztą to małpy są – i pokazuje mi skośne oczy..
            - Pan tam był?
            - W Chinach nie, ale prawie.
            - A najdalej, gdzie?
            - W Ułan-Ude. Wiele razy. Wszyscy skośni – palcami rozciąga swoje oczy, puszczając kierownicę. - Myślałem, że cipki też w poprzek mają, ale się okazało, że nie, że normalne mają.
            Stały klient przydrożnych prostytutek. Mówi, że pod Moskwą są najlepsze. Dużo lepsze niż w Polsce czy w Białorusi.
            - To po to ten materac z tyłu? – zażartowałem, ale chyba mu się to nie spodobało; materac jest do czegoś innego widocznie. – A żona wie?
            - Żona nie musi o wszystkim wiedzieć.
            - Ale jak to tak? No… Rodzina jest i wszystko…
            - Od jednej dziury i kot zdycha – roześmiał się, aż mu wypadła zapalniczka.
            Pytam, po co tak jeździ. O co chodzi. Były major… Mówi, że zarabia minimum 3000 dolarów miesięcznie. Czyli w Białorusi dużo. Trzy-cztery razy więcej niż polscy tirowcy. Zastanawiam się…
- Co trzeba przewozić, żeby tyle pieniędzy zarabiać? – pytam.
            - Albo kogo? – poprawia mnie.
            Przez chwile wyobrażam sobie, że ten materac to po to, żeby przewozić związane linami i laso-taśmą potencjalne prostytutki. Zerka na mnie kilka razy.
            - Boisz się mnie?
            - A powinienem?
            - Nie – odpala kolejnego papierosa i milczy, a mnie nadal nurtuje to, jakim cudem taki gość może zarabiać tyle pieniędzy i jakim cudem.
            - A to jest dobra robota?
            - Jaka robota?
            - No ta, którą pan robi.
            - Dobra robota to nic nie robić a pieniądze dostawać – uśmiechnął się; nie mogę oprzeć się wrażeniu, że już słyszę to w tym kraju po raz kolejny.
            Mijamy jakąś prostytutkę. Jesteśmy coraz bliżej granicy z Polską.
            - Chcesz to poczekam na ciebie, żebyś sobie podziałał tam.
            - Może innym razem, dziękuję. Ale jak pan chce to ja mogę poczekać.
            - Eeee… nie trzeba. Do domu jadę. Zobacz! – rzuca mi mały album ze zdjęciami.
Otwieram, a w środku jest kilkanaście zdjęć domu jednorodzinnego.
Różowego domu, który wygląda tak, jakby mógł wyglądać dom który Walt Disney mógłby wybudować swojej matce, gdyby mieszkała w Białorusi i nie miała zbyt wielu absurdalnie ekskluzywnych zachcianek. No może poza mnóstwem kwiatów, które były przed tym domem, za nim, wokół niego, na nim i pewnie w środku też.
            - Co to jest? – pytam.
            - Mój dom. A to jest bania – pokazuje palcem. – Jak nie jeżdżę to tylko tam siedzę i piję.
            - Pije pan?
            - No piję.
            - Cały czas?
            - No, cały czas. Bo lubię. Pije żeby robaczki pogonić z wątroby – śmieje się. – Tak kiedyś powiedziałem takiemu żurnaliście z Polski co go wiozłem, tak jak i ciebie. On się pyta taki seriozny „czemu pan pije”, „czy nie może pan przestać?”. A ja mówię, że lubię i nie chcę przestać. To był z radia żurnalista. Tego kościelnego.
            - Radia Maryja?
            - O! Tak! Z Radia Maryja. Mówię mu, że piję żeby robaczki z wątroby pogonić. On tylko sobie tak zapisywał w zeszycie i pytał, czy może to na antenie powiedzieć.
            - I co, pozwolił pan?
            - A niech se mówi. Ale pieniędzy nie chciał płacić, skurwysyn.
            Zerka na mnie podejrzliwie.
            - A w Boga wierzy? – pyta.
            - Ja?
            - No…
            Zastanawiam się chwilę. Może lepiej nie wspominać nic o buddyzmie. W sumie wszystkie religie są podobne, no i skoro wierzę w ludzi, w świat, w podróże, w autostop… to w Boga w zasadzie też… On na pewno wierzy, więc lepiej powiedzieć że tak…
            - Wierzę.
            - A po co?
            - Jak to po co? A pan nie wierzy?
            - No nie bardzo.
            - Czemu?
            - No bo gdzie jest Bóg niby? – takiego obrotu spraw się nie spodziewałem, ale już głupio teraz zmieniać zdanie…
            - No jak to… No w drugim człowieku na przykład.
            - Gdzie?
            - No… - usiłuję wymyślić coś ładnego i sensownego zarazem – na przykład ja spotykam Boga w ludziach, którzy mnie biorą na stopa – zerka na mnie raczej szyderczo.
            - Eee tam na stopa… A co z tego stopa…
            - No jak to… Pan mnie podwozi, rozmawiamy, trochę się o świecie można dowiedzieć…
            - No, ciebie podwożą a ja co niby z tego mam? – zapala papierosa. – Nic!
            Nie wiem co odpowiedzieć. W sumie racja.

            Potem zrobił dodatkowe czterdzieści kilometrów drogi, żeby mnie wysadzić na granicy, po czym pojechał do domu pić.
            Rzucam plecak na ziemię i patrzę na przejście graniczne. Na pieszo nie wolno. Muszę kogoś poprosić o przewiezienie. Zerkam na białego transportera, który wraca tą samą drogą którą tutaj przyjechaliśmy.

Faktycznie, nic z tego nie miał.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

„Jak ktoś raz spróbował pracy w lesie to już do cyrku nie pójdzie.”

Białoruś.
Siergiej, 25 lat, stary srebrny ford.

            - A wy w Polsce jak mówicie na swoje samochody?
            - Jak to jak? – nie zrozumiałem. – Na samochody?
            - No tak.
            - Po prostu: samochód.
            - Nie… No tam na przykład „taczka” czy coś w tym stylu…
            - No nie wiem. Wóz, bryka?
            - Ooo… No bryka to też mówią u nas… Ale u nas we wsi to normalnie mówisz na swoją maszynę Ania, Tania, Masza… Jak tam chcesz.
            - Czyli, że dajesz imię autu? Jak łódce?
            - A łódce to nie wiem… Ale normalnie gada: „a moja Ania to, a moja Tania to…” no tak jak to we wsi…
            Siergiej ma 25 lat i jest wielkim miłośnikiem samochodów. Teraz jedziemy jego fordem. Stary, srebrny. Kiedy wsiadłem do środka, od razu zaczął kląć na to, że mu dzisiaj odpadł kołpak, hamulce zaczęły nawalać i coś jeszcze, czego zupełnie nie zrozumiałem.
            Jego pierwszy samochód to było „żiguli”. Nie rozumiem, więc pokazuje mi na zdjęciach typowy rosyjski samochodzik. Opowiada, że uruchomienie zajmowało go 20 minut, ale jak już ruszył to ruszył. Tylko często się psuł. Jak miałeś dużo czasu wolnego kiedyś to kupowałeś sobie „żiguli” i już… Każdą wolną chwilę spędzałeś pod samochodem.
            Śmieje się i uderza ręką radośnie w deskę rozdzielczą. Opowiada o wadach swojego pierwszego auta i cieszy się z sentymentem. Tutaj była stacyjka – pokazuje z lewej strony kierownicy. Tutaj ssanie. Tutaj to, a tutaj tamto.
- Po prostu horror! – śmieje się.
            Za oknami kolejne białoruskie wsie.
            - Rosjanie robią broń, czołgi, samoloty, latają w kosmos, podbijają wszystkich, a kurwa normalnego samochodu nie potrafią zrobić… No jak to jest? Sam powiedz.
            - A ty mówisz po rusku czy po białorusku?
            - No jak jadę do Mińska to tylko wtedy po rusku. A tak we wsi to my swojemu gadamy. Taka „treszczianka” trochę ruskiego, trochę białoruskiego, a nawet i polski i ukraiński tam znajdziesz…
            Po rosyjsku mówi się w mieście, bo jak zaczniesz tam mówić po białorusku to patrzą na ciebie jak na kosmitę. No i w ogóle to w mieście jest tak, że jak dzwonisz do kogoś i pytasz czy ci w czymś pomoże to on ci nie powie wprost. On ci powie: „Jeszcze nie wiem… Zadzwoń po obiedzie, może wtedy będę wiedział… No bo teraz to jeszcze to, albo tamto…” A u niego we wsi jest prosto: „Pomogę!” albo „Nie pomogę!” i już, nikt nie gada głupot, nikt nie traci czasu. Ludzie sobie pomagają i są szczerzy, a w Mińsku… No nie miasto to nie dla niego…
            Kiedy miał 17 lat wyprowadził się od matki. Jego ojciec zawsze lubił pić, nie ma z nim kontaktu już chyba z dziesięć lat, ale na pewno jest gdzieś na terenie Republiki. Zresztą nieważne. Na wszystko sam w życiu zapracował. Najpierw miał stypendium, potem poszedł na praktykę i już został. Pracuje jako leśniczy.
- Mówią, że jak ktoś raz spróbował pracy w lesie to już do cyrku nie pójdzie.
            - Jak to? – Siergiej się roześmiał.
            - No bo u nas w robocie jest tyle zabawy i wesoło po prostu.
            Pracuje ich tam czterdzieści osób. W zasadzie to niewiele ma obowiązków. Niby powinien sadzić drzewa i pilnować ich wzrostu, ale jakoś nikomu tego nie potrzeba, więc nie robią póki co. Po prostu jest wesoło. Ale za to z pieniędzmi ciężko. Zarabia 350 dolarów na miesiąc. Kiedyś rubel stał gorzej i zarabiał 1000 dolarów. Trochę podskoczył, a tu taka obniżka wypłat, że można się załamać.
            Ma dziewczynę. Pokazuje ją na zdjęciach w smartfonie. Kiedy dzwoni, mówi jej że wszystko w samochodzie się pieprzy, ale jedzie do domu i ją bardzo kocha.
            Dziewczyna na zdjęciach ma kilkuletnie dziecko. Nie jego. Ale w przyszłości to będzie jego rodzina.
            Jego marzeniem jest kupić domek. Już go wybrał. Taki we wsi. Prosty i mały. 40 metrów kwadratowych.  Już ma odłożone 2000 dolarów, a potrzeba w sumie 7000. Dla Polaków to nie drogo, dla niego cel na ładnych kilka lat…
            - I tutaj nasze drogi się rozchodzą…
            - Co? – zdziwiłem się.
            - Ja jadę w lewo na wieś. Ty prosto na Brest, jak droga prowadzi.