poniedziałek, 10 sierpnia 2015

„Myślałem ze cipki też maja w poprzek...”

Białoruś.
Mężczyzna, 65 lat, biały transporter.

            - Ja gadam po polsku przez jeden dzień raz na osiem dni – mówi zniekształcając pokrytą zmarszczki twarz  uśmiechem.
            - Jak to?
            - No bo co osiem dni jeżdżę do Białegostoku.
            - Sprzedawać? – pytam, nakierowany na tą myśl jego transporterem z wyjętymi z tyłu fotelami, typowo pod handel.
            - Nie. Ja już nic nie sprzedaję. Ja już tylko kupuję.
            Nie powiedział jak ma na imię. Odpala papierosa od papierosa. Z tyłu na pace leży materac z pościelą i poduszką. Nic poza tym. Obok mnie leży duży termos, zapalniczki, telefon komórkowy, jakieś śmieci. Śmierdzi palonym tytoniem i stęchlizną.
            - A żona u ciebie jest? – pyta.
Kręcę głową, że nie.
            - No to jak to? A ile ma lat?
            - Dwadzieścia siedem – w Białorusi to nie jest normalne, że masz tyle lat i nie masz ślubu.
            - No to jak to tak, bez żony?
            - Nie spotkałem, żadnej dobrej.
            - A co to znaczy dobrej?
            - No mądrej na przykład.
            - No to się spóźniłeś! Ja poznałem w swoim życiu tylko trzy mądre kobiety.
            Taka odpowiedź wymusiła długą i pełną oczekiwania pauzę.
- Wiesz jakie? – dopytuje.
            - Jakie?
            - Margaret Thatcher, Angela Merkel i moja matka… no i może moja żona.
            - No to raczej nie dla mnie.
            Roześmiał się po raz pierwszy…
            - Co myślisz o Łukaszence? – pyta i zerka podejrzliwie.
            - No nie wiem… Nie poznałem osobiście – chciałem zażartować. – A pan co myśli?
            - Ja to bardzo chciałbym go zobaczyć… W białych butach i w tym… Jak to się mówi po polsku? W trumnie!
            - A jak Łukaszenki nie będzie, to co będzie?
            - Wojna!
            - No to chyba nie dobrze.
            - Lepsza wojna niż takie gówniane życie.
            - No jak to… A ma pan rodzinę?
            - Żona, dwie córki, wnuczka…
            - No to szkoda rodziny.
            - A ja mam na wsi domek. Schowam ich wszystkich i sam pójdę. A ty w wojsku byłeś?
            - Nie.
            Wzdycha pogardliwie i jedzie dalej, paląc kolejnego papierosa. Ciężko się oddycha, ale pogoda nie pozwala na otwieranie okna za bardzo. Okazuje się, że mężczyzna ten był 28 lat w armii białoruskiej - radzieckiej tym samym - i walczył na przykład w Afganistanie przez półtora roku.
            - Dwie paski i jedna gwiazdka – mówi.
            Major.
Mówi, że lubi jeździć czołgiem i że najchętniej zabiłby Putina, Łukaszenkę i Janukowycza (o ile ten jeszcze żyje). Pytam, czy jako major nie bywał blisko z Łukaszenką wiele razy?
Bywał. Czemu więc go nie zabił, skoro ma taką ochotę?
            - Bo ich wszystkich to trzeba za jaja powiesić, żeby wszyscy widzieli… - i się uśmiecha.
            - Ale wojna straszna jest. Ludzie umierają.
            - No ludzie umierają, takie życie… A wojna będzie. Rosja pół Europy zajmie. A potem będzie wojna dalej i Polska będzie od morza do morza.
            - Polska? – zdziwiłem się.
            - Tak – potwierdził momentalnie.
            - A pan to sam tak wie, czy gdzieś czytał?
            Czytał. W jakichś starych książkach. Już nie pamięta…
            - A może będzie wojna Rosja-Chiny?
            - Nie – odpiera. – Bo Ruskim nie wystarczy nabojów, żeby wystrzelać żółtków. Zresztą… Chińczyk jest mądry. On nie taki jak Ruski. Ruski to raz raz na wojnę. A Chińczyk nie. Chińczyk to chytry jest… Zresztą to małpy są – i pokazuje mi skośne oczy..
            - Pan tam był?
            - W Chinach nie, ale prawie.
            - A najdalej, gdzie?
            - W Ułan-Ude. Wiele razy. Wszyscy skośni – palcami rozciąga swoje oczy, puszczając kierownicę. - Myślałem, że cipki też w poprzek mają, ale się okazało, że nie, że normalne mają.
            Stały klient przydrożnych prostytutek. Mówi, że pod Moskwą są najlepsze. Dużo lepsze niż w Polsce czy w Białorusi.
            - To po to ten materac z tyłu? – zażartowałem, ale chyba mu się to nie spodobało; materac jest do czegoś innego widocznie. – A żona wie?
            - Żona nie musi o wszystkim wiedzieć.
            - Ale jak to tak? No… Rodzina jest i wszystko…
            - Od jednej dziury i kot zdycha – roześmiał się, aż mu wypadła zapalniczka.
            Pytam, po co tak jeździ. O co chodzi. Były major… Mówi, że zarabia minimum 3000 dolarów miesięcznie. Czyli w Białorusi dużo. Trzy-cztery razy więcej niż polscy tirowcy. Zastanawiam się…
- Co trzeba przewozić, żeby tyle pieniędzy zarabiać? – pytam.
            - Albo kogo? – poprawia mnie.
            Przez chwile wyobrażam sobie, że ten materac to po to, żeby przewozić związane linami i laso-taśmą potencjalne prostytutki. Zerka na mnie kilka razy.
            - Boisz się mnie?
            - A powinienem?
            - Nie – odpala kolejnego papierosa i milczy, a mnie nadal nurtuje to, jakim cudem taki gość może zarabiać tyle pieniędzy i jakim cudem.
            - A to jest dobra robota?
            - Jaka robota?
            - No ta, którą pan robi.
            - Dobra robota to nic nie robić a pieniądze dostawać – uśmiechnął się; nie mogę oprzeć się wrażeniu, że już słyszę to w tym kraju po raz kolejny.
            Mijamy jakąś prostytutkę. Jesteśmy coraz bliżej granicy z Polską.
            - Chcesz to poczekam na ciebie, żebyś sobie podziałał tam.
            - Może innym razem, dziękuję. Ale jak pan chce to ja mogę poczekać.
            - Eeee… nie trzeba. Do domu jadę. Zobacz! – rzuca mi mały album ze zdjęciami.
Otwieram, a w środku jest kilkanaście zdjęć domu jednorodzinnego.
Różowego domu, który wygląda tak, jakby mógł wyglądać dom który Walt Disney mógłby wybudować swojej matce, gdyby mieszkała w Białorusi i nie miała zbyt wielu absurdalnie ekskluzywnych zachcianek. No może poza mnóstwem kwiatów, które były przed tym domem, za nim, wokół niego, na nim i pewnie w środku też.
            - Co to jest? – pytam.
            - Mój dom. A to jest bania – pokazuje palcem. – Jak nie jeżdżę to tylko tam siedzę i piję.
            - Pije pan?
            - No piję.
            - Cały czas?
            - No, cały czas. Bo lubię. Pije żeby robaczki pogonić z wątroby – śmieje się. – Tak kiedyś powiedziałem takiemu żurnaliście z Polski co go wiozłem, tak jak i ciebie. On się pyta taki seriozny „czemu pan pije”, „czy nie może pan przestać?”. A ja mówię, że lubię i nie chcę przestać. To był z radia żurnalista. Tego kościelnego.
            - Radia Maryja?
            - O! Tak! Z Radia Maryja. Mówię mu, że piję żeby robaczki z wątroby pogonić. On tylko sobie tak zapisywał w zeszycie i pytał, czy może to na antenie powiedzieć.
            - I co, pozwolił pan?
            - A niech se mówi. Ale pieniędzy nie chciał płacić, skurwysyn.
            Zerka na mnie podejrzliwie.
            - A w Boga wierzy? – pyta.
            - Ja?
            - No…
            Zastanawiam się chwilę. Może lepiej nie wspominać nic o buddyzmie. W sumie wszystkie religie są podobne, no i skoro wierzę w ludzi, w świat, w podróże, w autostop… to w Boga w zasadzie też… On na pewno wierzy, więc lepiej powiedzieć że tak…
            - Wierzę.
            - A po co?
            - Jak to po co? A pan nie wierzy?
            - No nie bardzo.
            - Czemu?
            - No bo gdzie jest Bóg niby? – takiego obrotu spraw się nie spodziewałem, ale już głupio teraz zmieniać zdanie…
            - No jak to… No w drugim człowieku na przykład.
            - Gdzie?
            - No… - usiłuję wymyślić coś ładnego i sensownego zarazem – na przykład ja spotykam Boga w ludziach, którzy mnie biorą na stopa – zerka na mnie raczej szyderczo.
            - Eee tam na stopa… A co z tego stopa…
            - No jak to… Pan mnie podwozi, rozmawiamy, trochę się o świecie można dowiedzieć…
            - No, ciebie podwożą a ja co niby z tego mam? – zapala papierosa. – Nic!
            Nie wiem co odpowiedzieć. W sumie racja.

            Potem zrobił dodatkowe czterdzieści kilometrów drogi, żeby mnie wysadzić na granicy, po czym pojechał do domu pić.
            Rzucam plecak na ziemię i patrzę na przejście graniczne. Na pieszo nie wolno. Muszę kogoś poprosić o przewiezienie. Zerkam na białego transportera, który wraca tą samą drogą którą tutaj przyjechaliśmy.

Faktycznie, nic z tego nie miał.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

„Jak ktoś raz spróbował pracy w lesie to już do cyrku nie pójdzie.”

Białoruś.
Siergiej, 25 lat, stary srebrny ford.

            - A wy w Polsce jak mówicie na swoje samochody?
            - Jak to jak? – nie zrozumiałem. – Na samochody?
            - No tak.
            - Po prostu: samochód.
            - Nie… No tam na przykład „taczka” czy coś w tym stylu…
            - No nie wiem. Wóz, bryka?
            - Ooo… No bryka to też mówią u nas… Ale u nas we wsi to normalnie mówisz na swoją maszynę Ania, Tania, Masza… Jak tam chcesz.
            - Czyli, że dajesz imię autu? Jak łódce?
            - A łódce to nie wiem… Ale normalnie gada: „a moja Ania to, a moja Tania to…” no tak jak to we wsi…
            Siergiej ma 25 lat i jest wielkim miłośnikiem samochodów. Teraz jedziemy jego fordem. Stary, srebrny. Kiedy wsiadłem do środka, od razu zaczął kląć na to, że mu dzisiaj odpadł kołpak, hamulce zaczęły nawalać i coś jeszcze, czego zupełnie nie zrozumiałem.
            Jego pierwszy samochód to było „żiguli”. Nie rozumiem, więc pokazuje mi na zdjęciach typowy rosyjski samochodzik. Opowiada, że uruchomienie zajmowało go 20 minut, ale jak już ruszył to ruszył. Tylko często się psuł. Jak miałeś dużo czasu wolnego kiedyś to kupowałeś sobie „żiguli” i już… Każdą wolną chwilę spędzałeś pod samochodem.
            Śmieje się i uderza ręką radośnie w deskę rozdzielczą. Opowiada o wadach swojego pierwszego auta i cieszy się z sentymentem. Tutaj była stacyjka – pokazuje z lewej strony kierownicy. Tutaj ssanie. Tutaj to, a tutaj tamto.
- Po prostu horror! – śmieje się.
            Za oknami kolejne białoruskie wsie.
            - Rosjanie robią broń, czołgi, samoloty, latają w kosmos, podbijają wszystkich, a kurwa normalnego samochodu nie potrafią zrobić… No jak to jest? Sam powiedz.
            - A ty mówisz po rusku czy po białorusku?
            - No jak jadę do Mińska to tylko wtedy po rusku. A tak we wsi to my swojemu gadamy. Taka „treszczianka” trochę ruskiego, trochę białoruskiego, a nawet i polski i ukraiński tam znajdziesz…
            Po rosyjsku mówi się w mieście, bo jak zaczniesz tam mówić po białorusku to patrzą na ciebie jak na kosmitę. No i w ogóle to w mieście jest tak, że jak dzwonisz do kogoś i pytasz czy ci w czymś pomoże to on ci nie powie wprost. On ci powie: „Jeszcze nie wiem… Zadzwoń po obiedzie, może wtedy będę wiedział… No bo teraz to jeszcze to, albo tamto…” A u niego we wsi jest prosto: „Pomogę!” albo „Nie pomogę!” i już, nikt nie gada głupot, nikt nie traci czasu. Ludzie sobie pomagają i są szczerzy, a w Mińsku… No nie miasto to nie dla niego…
            Kiedy miał 17 lat wyprowadził się od matki. Jego ojciec zawsze lubił pić, nie ma z nim kontaktu już chyba z dziesięć lat, ale na pewno jest gdzieś na terenie Republiki. Zresztą nieważne. Na wszystko sam w życiu zapracował. Najpierw miał stypendium, potem poszedł na praktykę i już został. Pracuje jako leśniczy.
- Mówią, że jak ktoś raz spróbował pracy w lesie to już do cyrku nie pójdzie.
            - Jak to? – Siergiej się roześmiał.
            - No bo u nas w robocie jest tyle zabawy i wesoło po prostu.
            Pracuje ich tam czterdzieści osób. W zasadzie to niewiele ma obowiązków. Niby powinien sadzić drzewa i pilnować ich wzrostu, ale jakoś nikomu tego nie potrzeba, więc nie robią póki co. Po prostu jest wesoło. Ale za to z pieniędzmi ciężko. Zarabia 350 dolarów na miesiąc. Kiedyś rubel stał gorzej i zarabiał 1000 dolarów. Trochę podskoczył, a tu taka obniżka wypłat, że można się załamać.
            Ma dziewczynę. Pokazuje ją na zdjęciach w smartfonie. Kiedy dzwoni, mówi jej że wszystko w samochodzie się pieprzy, ale jedzie do domu i ją bardzo kocha.
            Dziewczyna na zdjęciach ma kilkuletnie dziecko. Nie jego. Ale w przyszłości to będzie jego rodzina.
            Jego marzeniem jest kupić domek. Już go wybrał. Taki we wsi. Prosty i mały. 40 metrów kwadratowych.  Już ma odłożone 2000 dolarów, a potrzeba w sumie 7000. Dla Polaków to nie drogo, dla niego cel na ładnych kilka lat…
            - I tutaj nasze drogi się rozchodzą…
            - Co? – zdziwiłem się.
            - Ja jadę w lewo na wieś. Ty prosto na Brest, jak droga prowadzi.

czwartek, 23 października 2014

„Wataha Opancerzonych Traktorów”

            Była sobota rano i ruch był tak mały, jak czasem na filmach amerykańskich o ludziach, którzy stoją na środku pustyni z wyciągniętą ręką i kciukiem podniesionym w górę. Wsiadłem więc w autobus, żeby przejechać kilka skrzyżowań i zawęzić możliwość pominięcia mnie na drodze.
            Kilkanaście minut później stanie z kartką nabrało sensu. Jednym z pierwszych aut, jakie mnie mijały, jechał gruby ponury gość w okularach, spojrzał mi prosto w oczy i pojechał dalej.
            - „Cham” – pomyślałem, klasyfikując razem z innymi kierowcami, którzy nie tylko cię nie wezmą, ale chętnie sprawią, że poczujesz się gorzej.
            Za minutę ten sam kierowca pojechał w przeciwną stronę, wykręcił i chwilę później siedziałem koło niego.
            - Paweł – powiedział ściskając moją rękę.
            - Specjalnie pan zawrócił dla mnie? Dziękuję.
            - Paweł jestem - powiedział. - Nie lubię jak mówią do mnie Pan.
            - No ja w sumie też. Mam dwadzieścia sześć i też już się zaczyna, a ja się wcale nie poczuwam.
            - To ja mam czterdzieści osiem i też się wcale nie poczuwam do bycia panem.
            Uśmiechnął się i jechaliśmy dalej.
            - Grasz w jakieś giercuchy czasem? – zagaił.
            - W sensie, że na komputerze?
            - Ta…
            - Nie za bardzo, ale kiedyś, kiedyś się zdarzało. A ty grasz?
            Kiwnął dumnie głową.
            - W World of Tanks!
            - O co tam chodzi?
            - Masz czołg i prowadzisz bitwy.
            - Fajnie.
            - Bardzo fajnie. Jestem w klanie, który składa się z pięćdziesięciu trzech osób i gramy razem.
            - Przeciwko sobie?
            - Nie. Przeciwko innym klanom. Tam jest cały świat stworzony. Masz klany. Prowadzisz bitwy. Najlepiej jest jak stworzy się pluton i całym plutonem się walczy przeciwko innym.
            - A wy się znacie?
            - No na tym "speaku" tam sobie gadamy na razie. Niektórych znam też z realu, ale chcemy zorganizować wspólną majówkę w górach to wtedy się wszystkich pozna. Bo w naszym klanie są ludzie z całej Polski: Gdańsk, Szczeciń, Łódź, Warszawa, Suwałki, Białystok… No dużo, dużo…
            - A każdy może być w takim klanie?
            - No na razie to jest młody klan, bo my go stworzyliśmy jakiś rok temu, więc przyjmujemy w zasadzie każdego. Każdego kto umie grać, bo wiadomo że się zdarzają porąbusy różne. No, ale to się bierze takiego kandydata na dwie, trzy bitwy i już wiadomo z kim ma się do czynienia. Amatorów i porąbusów nie przyjmujemy do klanu. Nie ma takiej możliwości. Ale my i tak jesteśmy raczej otwarci. Bo my jesteśmy jedynym klanem chyba, któremu chodzi tylko i wyłącznie o dobrą zabawę. Bo to bywa różnie, wiesz. W tej grze do ósmego poziomu to jest lajt, ale potem zaczynają się schody. Żeby wygrywać trzeba mieć sprzęt, extrasy, możliwości, no i umiejętności. Różne są czołgi: medy, niszczyciele czołgów, artyleria. A żeby to mieć na wyższych poziomach to już trzeba mieć gold, czyli złoto. Żeby mieć gold to albo trzeba dużo wygrywać, dużo zabijać, albo po prostu za to zapłacić realnymi pieniędzmi. Więc już się robi poważnie. Niektóre klany mają straszne ciśnienie, żeby mieć gold, mapę, swoje lotnisko. My to jesteśmy na luzie, chociaż jest u mnie w klanie taki kolega, który w tydzień doszedł do dziesiątego poziomu.
            - Nieźle - powiedziałem starając się za wszystkim nadążać.
            - Ale to jest inwalida na rencie, bo ma jedno oko tylko. Pracuje na pół etatu, więc ma czas… Ale ma chłop zaparcie jak nikt.
            - A taki klan to ma jakąś nazwę?
            Paweł wyraźnie się ucieszył i przez kilka chwil śmiał się głośno.
            - No! Gra się nazywa World of Tanks, czyli w skrócie WOT, co jest zastrzeżone. A my się nazywamy W-zero-T – chwilę zajęła mi wizualizacja tego skrótu: W0T. – Rozumiesz?
            - Jasne.
            - Obeszliśmy reguły trochę, bo rozwinięcie naszej nazwy to Wataha Opancerzonych Traktorów.
Paweł wyraźnie się cieszył, kiedy o tym wszystkim opowiadał.
- I tak codziennie grasz?
- A co to? Jedna bitwa to jest piętnaści minut, to sobie można przed snem ze dwie bitwy zawsze strzelić. Zresztą lubię sobie tam wejść i z chłopakami pogadać bo jest wesoło. Naprawdę wesoło. Wczoraj na przykład się ze mnie śmiali, że już tego mojego niszczyciela czołgów się gorzej nie dało postawić, a koniec końców się okazało, że wygrałem bitwę dla całej drużyny, także widzisz… To różnie bywa.
- A żona się nie wkurza?
Paweł się zamyśli.
- Powiem ci tak, ja jestem 25 lat po ślubie. My z żoną to już w zasadzie nie możemy na siebie patrzeć, dlatego mieszkanie w różnych miastach robi nam dobrze – uśmiechnął się. – Jeden syn ma 24 lata i jest kompletnie przekonany, że jest dorosły i będzie decydował o sobie. Jak mu w pewnym momencie kazałem się brać za pracę licencjacką trochę bardziej stanowczo, to od tamtej pory za bardzo ze sobą nie rozmawiamy. A młody ma teraz 17 i za rok zdaje maturę. Jak uzna, że chciałby się przeprowadzić to u mnie pokój zawsze znajdzie.
Ekrany wygłuszające zmieniły kolor na niebieski.
- To by było tak w skrócie o moim życiu – westchnął.
- A nie chciałeś samolotów spróbować na przykład? – spróbowałem zmienić temat na weselszy.
            - No, co ty?! Nigdy - odparł zdegustowany. – W samolocie to cię mogą w każdej chwili trafić, a czołgista z głową na karku to nawet artylerii potrafi uniknąć jak trzeba. To jest zupełnie inne życie.

środa, 8 października 2014

„Królewna w ciągu jednego pokolenia”

Wojtek, 25 lat, osobowy.
           
- Przecież ja byłem w Anglii, mieszkałem półtora roku, pracę miałem taką, że płacili mi dziesięć tysięcy za miesiąc plus lot do Polski na weekend co cztery tygodnie.
            - Ale wolałeś wrócić?
            - No tak… Ale tam to  nikogo na stałe nie znajdziesz, wiesz… Bo nawet jak są Polki to one tam szukają Anglika, a i Anglicy wolą dziewczyny zza granicy bo oni nie chcą nic na poważnie. Teraz ludzie nie chcą rodziny, tylko wolą się sami najpierw ustawić. Dziewczyna teraz to najpierw chce mieć dobrą pracę. A jak ma dobrą pracę to ma już trzydziestkę, a dla mnie taka dziewczyna to już za stara jest.
            - A swoją dziewczynę poznałeś już w Polsce?
            - Tak. Ale w Polsce to też tak jest beznadziejnie... Nikt nie uświadamia sobie, że do niektórych rzeczy dochodzi się pokoleniami. Wiadomo, że jak ojciec jest prawnikiem to dziecku będzie łatwiej. Jak się ktoś wychował na wsi zabitej dechami i potem pojedzie na studia do miasta to ma o wiele ciężej niż inni. Ale o takich rzeczach się nie myśli. Ludzie teraz chcą zostać królewną w ciągu jednego pokolenia. A tak się przecież nie da.

poniedziałek, 6 października 2014

„Tylko mnie nie zarzynać…”

            - Tylko mnie nie zarzynać i nie okradać – powiedział Rafał, kiedy zamknąłem za sobą drzwi.
            - W sumie nie myślałem, o tym ale to ciekawy pomysł – odparłem.
            Chłopak roześmiał się szeroko, po czym odebrał dzwoniący do niego telefon i ruszył na trasę. Rozmawiał przez zestaw głośnomówiący, z kolegą który za kilka dni się ma przeprowadzić do nowego mieszkania z żoną, czekają też na dziecko. Rafał zaproponował, żeby kolega powiedział mu kiedy i o której się przeprowadza to on weźmie dzień wolny i mu pomoże, ale kolega odparł że przecież ma od tego ludzi – swoich pracowników, i że będzie dobrze. Zaprosił Rafała do siebie w weekend, ale ten powiedział że właśnie jedzie do Poznania, a w weekend akurat się umówił z Martusią.
            - A jak z tamtą… Anią? Czy jak ona była? – zapytał kolega.
            - Agata. Ale to już nieaktualne. Zresztą potem jeszcze Gosia była.
            Rozmówca się roześmiał.
            - A jak tam dzidzia? – dopytywał „mój kierowca”.
            - No powoli. Jeszcze kilka tygodni. A jak tam u ciebie z mieszkaniem?
            - No, stary, ja się przeprowadzam teraz już normalnie do Warszawy, na Pragę, no zresztą wiesz…
            - No wiem. A jak z kredytem?
            - No stary, ja ci powiem że jest. To znaczy, jeszcze nie dostałem konkretnie na piśmie, ale rozmawiałem z kolegą który pracuje w banku, że na pewno będzie.
            - Aha.
            - Bo ja do kilku banków składałem, wiesz jak jest teraz. Jak chcesz to ja zadzwonię do tego mojego kolegi, może ci jakoś pomoże.
            - Nie, nie… Spoko. Ja tam coś załatwiał, powinno być dobrze.
            - No, jak coś to wiesz…
            - Dzięki. To się odzywaj jak wrócisz do Warszawy i będziesz miał czas.
            - Spoko, spoko. No, to na razie.

Rozłączył się.

            - A to teraz taki kłopot, żeby kredyt dostać jest? - spytałem.
            - No, stary. A ile ty masz lat?
            - 25.
            - No. To te osiem lat temu, to się jeszcze nie interesowałeś tematem pewnie mieszkań i kredytów…
            - No ja do tej pory się za bardzo nie interesuję.
            - No to lepiej dla ciebie. Ale chodzi o to, że te osiem czy dziesięć lat temu, to kredyt dostać było bardzo łatwo. Naprawdę. A teraz, to tak cię sprawdzają, na wszystkie strony, zdolność kredytowa, praca, dochody, rodzina, coś tam, sroś tam. No masakra.
            - A czym się zajmujesz?
            - No ja to w sumie po prostu jeżdżę po Polsce i wciskam ludziom kit.
            - Czyli, że co?
            - No jestem komiwojażerem.
            - I sprzedajesz garnki?
            - Nie… Wsadzam produkt do sklepów. Tak jak teraz, jadę do Poznania. Jutro rano mam spotkanie z potencjalnym kupcem. Wiesz jak jest, no to taka robota że czasem trzeba posmarować, czasem zabrać na imprezkę, czasem wycieczkę, czasem na dziwki. I tak chodzisz z tymi ludźmi, dbasz żeby się dobrze czuli i przypominasz co jakiś czas żeby nie zapomniał, że ma kupić od ciebie conieco.
            - A co to za produkt.
            - Kurde… No, kleje do glazury sprzedaje. Nie tylko co prawda, ale głównie. Pewnie znasz. Kiedyś była taka reklama, z tym znanym takim tym… no takim znanym kolesiem. Nie ważne.

            Jedziemy chwilę w milczeniu.

            - Ale to są pierdoły straszne. To znaczy, wiesz, kasa jest ale robota chujowa bo to korporacja. Co parę dni przychodzi ktoś do ciebie i ci pod nosem coś brzdąka, że będą redukcje pracowników, że mało pieniędzy, że coś tam i generalnie daje do zrozumienia, żebyś lepiej udawał że zapierdalasz.
            - I co? Pasuje ci to?
            - No, powiem ci, że nie narzekam w sumie. Ale znasz złotą zasadę: „miej wyjebane, a będzie ci dane”.

            Potem klasycznie zeszło na temat autostopu i tego że Rafał sam nigdy tak nie jeździł, ale za to często jeździ autem za granicę i tak na przykład rok temu był w Odessie ze znajomymi i nie mieli gdzie spać. Zagadali z kimś w barze (o ile dobrze pamiętam) i człowiek zaproponował im bardzo tani hotel. Zgodzili się od razu, poczekali chwilę na kogoś, kto miał ich zaprowadzić na miejsce i nagle pojawił się wielki, łysy gość w czarnej skórze, który okazał  się być bardzo miłym człowiekiem i faktycznie ich zaprowadził, wszystko wytłumaczył (na tyle, na ile byli w stanie się porozumieć).
            Każdy dostał pokój, Rafał akurat najmniejszy, gdzieś na dole ale zupełnie mu to nie przeszkadzało. Położył się i śpi. Aż w pewnym momencie za ścianą ktoś zaczął uprawiać bardzo głośny i bardzo intensywny seks. Trwało to może dwadzieścia minut, po czym ludzie z pokoju wyszli. Rafał starał się więc spać dalej, ale za jakiś czas ktoś wszedł do tego samego pokoju i historia powtórzyła się na nowo.
            - Wtedy już mniej więcej wiedziałem „co jest pięć”, ale tak z czystej ciekawości poszedłem na recepcję się dopytać. Wychodzę, a na tam na kanapie siedzi z dziesięć lasek, ubranych jak do pierwszej sceny niemieckiego pornosa i się do mnie uśmiechają. No to się uśmiechnąłem, a co.
            Na recepcji siedziała młoda dziewczyna, która skończyła polonistykę, więc bez problemu się dogadali. Wyjaśniła mu, na czym polega to miejsce, i że po za tym jest to normalny hotel, ale nie każdemu to odpowiada.

            - Mnie tam odpowiadało – uśmiechnął się Rafał i odebrał kolejny telefon przez zestaw głośnomówiący. Rozmowa była bardzo podobna do poprzedniej: kredyt, praca, odwiedziny w Warszawie, nie może bo się umówił z Martusią, przedwczoraj zachlał z kumplem. Potem była kolejna taka rozmowa. I kolejna. Aż w końcu wysadził mnie na stacji benzynowej.
„Czemu lepiej nie brać autostopowiczów”

            - Wiesz co, ty sobie tak tym stopem jeździsz a moja koleżanka mi opowiedziała taką historię ze swojego życia, że sam zwątpiłem – powiedział Michał, który wyglądał na kilka lat młodszego ode mnie.
            Jechała późnym wieczorem do domu. Z Siedlec się jedzie do niej przez takie różne małe miejscowości, aż na wieś, gdzie mieszka. No i zobaczyła – stoi gość. Taki po trzydziestce, elegancki, w garniturze, z neseserem, no to stwierdziła „a co tam”, weźmie go.
            I całą drogę był jakiś dziwny, a w pewnym momencie tak się na nią popatrzył i powiedział:
            - Ładnie wyglądałabyś w trumnie.
            Ona w szoku. Nie wie co się dzieje. Wystraszona potężnie. Rozgląda się, a oni są w lesie. Do miasteczka jeszcze kilka minut jazdy. No i w końcu wpadła na pomysł. Powiedziała mu, że chyba coś w kole stuka i żeby poszedł sprawdzić. On wysiadł, kucnął przy tylnim kole, a ona w tym czasie gaz i w długą.
I on tam został w tym lesie w tym swoim garniturze.

            A najgorsze było dopiero potem, bo u niej w samochodzie został jego neseser. Jak ona go potem otworzyła to się okazało, że gość miał w nim siekierę…

sobota, 4 października 2014

„Gdzie w Polsce masz ocean?”

            Oczywiście zawsze jest kwestią przypadku, ile czasu spędza się czekając na podwiezienie, bo pewnie gdybym po prostu wyszedł łapać trzy godziny później to czekałbym tylko pięć minut, a tak czekałem trzy godziny pięć minut stojąc na wylocie z Zakopanego.

            - Ja pod Nowy Targ jadę to mogę cię podwieźć ze 20 km – powiedziała trzydziestoletnia dziewczyna z mocną opalenizną jeżdżąca starym, małym renault.

Karolina zdążyła mi wyjaśnić, że tutaj ludzie nie biorą autostopowiczów, bo „to takie buraki są w Zakopanem właśnie”. Ona sama jest z Gdańska ale przyjechała tutaj osiem lat temu i już tak została. Ma uczulenie na komary, a w górach amplituda temperatur jest tak duża, że w zasadzie ich tutaj nie ma.
Fajnie jej się tu żyje, ale do górali trzeba się przyzwyczaić bo wiadomo jacy są.
- Jacy są?
- No góral to cham, pijak i kłamca. Przecież to co się dzieje w tych góralskich rodzinach to jest czysta patologia. Ale nikt tutaj o tym nie rozmawia, nikt się nikomu nie wtrąca, wszyscy wszystko tolerują. No ale co zrobić, tak już tutaj jest.

Miesiąc temu wzięła ślub z góralem. On jest kucharzem. Poznali się w pracy bo ona odkąd tutaj przyjechała, pracuje głównie jako kelnerka.
Mówi z uśmiechem:

- Skończyłam oceanografię, ale to był poroniony pomysł, no bo gdzie w Polsce masz ocean?