„Myślałem ze cipki też maja w poprzek...”
Białoruś.
Mężczyzna, 65 lat, biały transporter.
Białoruś.
Mężczyzna, 65 lat, biały transporter.
- Ja gadam po polsku przez jeden
dzień raz na osiem dni – mówi zniekształcając pokrytą zmarszczki twarz uśmiechem.
- Jak to?
- No bo co osiem dni jeżdżę do
Białegostoku.
- Sprzedawać? – pytam, nakierowany
na tą myśl jego transporterem z wyjętymi z tyłu fotelami, typowo pod handel.
- Nie. Ja już nic nie sprzedaję. Ja
już tylko kupuję.
Nie powiedział jak ma na imię. Odpala
papierosa od papierosa. Z tyłu na pace leży materac z pościelą i poduszką. Nic
poza tym. Obok mnie leży duży termos, zapalniczki, telefon komórkowy, jakieś
śmieci. Śmierdzi palonym tytoniem i stęchlizną.
- A żona u ciebie jest? – pyta.
Kręcę
głową, że nie.
- No to jak to? A ile ma lat?
- Dwadzieścia siedem – w Białorusi
to nie jest normalne, że masz tyle lat i nie masz ślubu.
- No to jak to tak, bez żony?
- Nie spotkałem, żadnej dobrej.
- A co to znaczy dobrej?
- No mądrej na przykład.
- No to się spóźniłeś! Ja poznałem w
swoim życiu tylko trzy mądre kobiety.
Taka odpowiedź wymusiła długą i
pełną oczekiwania pauzę.
-
Wiesz jakie? – dopytuje.
- Jakie?
- Margaret Thatcher, Angela Merkel i
moja matka… no i może moja żona.
- No to raczej nie dla mnie.
Roześmiał się po raz pierwszy…
- Co myślisz o Łukaszence? – pyta i
zerka podejrzliwie.
- No nie wiem… Nie poznałem
osobiście – chciałem zażartować. – A pan co myśli?
- Ja to bardzo chciałbym go zobaczyć…
W białych butach i w tym… Jak to się mówi po polsku? W trumnie!
- A jak Łukaszenki nie będzie, to co
będzie?
- Wojna!
- No to chyba nie dobrze.
- Lepsza wojna niż takie gówniane
życie.
- No jak to… A ma pan rodzinę?
- Żona, dwie córki, wnuczka…
- No to szkoda rodziny.
- A ja mam na wsi domek. Schowam ich
wszystkich i sam pójdę. A ty w wojsku byłeś?
- Nie.
Wzdycha pogardliwie i jedzie dalej,
paląc kolejnego papierosa. Ciężko się oddycha, ale pogoda nie pozwala na otwieranie
okna za bardzo. Okazuje się, że mężczyzna ten był 28 lat w armii białoruskiej -
radzieckiej tym samym - i walczył na przykład w Afganistanie przez półtora
roku.
- Dwie paski i jedna gwiazdka –
mówi.
Major.
Mówi,
że lubi jeździć czołgiem i że najchętniej zabiłby Putina, Łukaszenkę i
Janukowycza (o ile ten jeszcze żyje). Pytam, czy jako major nie bywał blisko z
Łukaszenką wiele razy?
Bywał.
Czemu więc go nie zabił, skoro ma taką ochotę?
- Bo ich wszystkich to trzeba za
jaja powiesić, żeby wszyscy widzieli… - i się uśmiecha.
- Ale wojna straszna jest. Ludzie
umierają.
- No ludzie umierają, takie życie… A
wojna będzie. Rosja pół Europy zajmie. A potem będzie wojna dalej i Polska
będzie od morza do morza.
- Polska? – zdziwiłem się.
- Tak – potwierdził momentalnie.
- A pan to sam tak wie, czy gdzieś
czytał?
Czytał. W jakichś starych książkach.
Już nie pamięta…
- A może będzie wojna Rosja-Chiny?
- Nie – odpiera. – Bo Ruskim nie
wystarczy nabojów, żeby wystrzelać żółtków. Zresztą… Chińczyk jest mądry. On
nie taki jak Ruski. Ruski to raz raz na wojnę. A Chińczyk nie. Chińczyk to
chytry jest… Zresztą to małpy są – i pokazuje mi skośne oczy..
- Pan tam był?
- W Chinach nie, ale prawie.
- A najdalej, gdzie?
- W Ułan-Ude. Wiele razy. Wszyscy
skośni – palcami rozciąga swoje oczy, puszczając kierownicę. - Myślałem, że
cipki też w poprzek mają, ale się okazało, że nie, że normalne mają.
Stały klient przydrożnych
prostytutek. Mówi, że pod Moskwą są najlepsze. Dużo lepsze niż w Polsce czy w
Białorusi.
- To po to ten materac z tyłu? –
zażartowałem, ale chyba mu się to nie spodobało; materac jest do czegoś innego
widocznie. – A żona wie?
- Żona nie musi o wszystkim
wiedzieć.
- Ale jak to tak? No… Rodzina jest i
wszystko…
- Od jednej dziury i kot zdycha –
roześmiał się, aż mu wypadła zapalniczka.
Pytam, po co tak jeździ. O co
chodzi. Były major… Mówi, że zarabia minimum 3000 dolarów miesięcznie. Czyli w
Białorusi dużo. Trzy-cztery razy więcej niż polscy tirowcy. Zastanawiam się…
-
Co trzeba przewozić, żeby tyle pieniędzy zarabiać? – pytam.
- Albo kogo? – poprawia mnie.
Przez chwile wyobrażam sobie, że ten
materac to po to, żeby przewozić związane linami i laso-taśmą potencjalne
prostytutki. Zerka na mnie kilka razy.
- Boisz się mnie?
- A powinienem?
- Nie – odpala kolejnego papierosa i
milczy, a mnie nadal nurtuje to, jakim cudem taki gość może zarabiać tyle
pieniędzy i jakim cudem.
- A to jest dobra robota?
- Jaka robota?
- No ta, którą pan robi.
- Dobra robota to nic nie robić a
pieniądze dostawać – uśmiechnął się; nie mogę oprzeć się wrażeniu, że już
słyszę to w tym kraju po raz kolejny.
Mijamy jakąś prostytutkę. Jesteśmy
coraz bliżej granicy z Polską.
- Chcesz to poczekam na ciebie, żebyś
sobie podziałał tam.
- Może innym razem, dziękuję. Ale
jak pan chce to ja mogę poczekać.
- Eeee… nie trzeba. Do domu jadę.
Zobacz! – rzuca mi mały album ze zdjęciami.
Otwieram,
a w środku jest kilkanaście zdjęć domu jednorodzinnego.
Różowego
domu, który wygląda tak, jakby mógł wyglądać dom który Walt Disney mógłby
wybudować swojej matce, gdyby mieszkała w Białorusi i nie miała zbyt wielu
absurdalnie ekskluzywnych zachcianek. No może poza mnóstwem kwiatów, które były
przed tym domem, za nim, wokół niego, na nim i pewnie w środku też.
- Co to jest? – pytam.
- Mój dom. A to jest bania – pokazuje
palcem. – Jak nie jeżdżę to tylko tam siedzę i piję.
- Pije pan?
- No piję.
- Cały czas?
- No, cały czas. Bo lubię. Pije żeby
robaczki pogonić z wątroby – śmieje się. – Tak kiedyś powiedziałem takiemu
żurnaliście z Polski co go wiozłem, tak jak i ciebie. On się pyta taki seriozny
„czemu pan pije”, „czy nie może pan przestać?”. A ja mówię, że lubię i nie chcę
przestać. To był z radia żurnalista. Tego kościelnego.
- Radia Maryja?
- O! Tak! Z Radia Maryja. Mówię mu,
że piję żeby robaczki z wątroby pogonić. On tylko sobie tak zapisywał w
zeszycie i pytał, czy może to na antenie powiedzieć.
- I co, pozwolił pan?
- A niech se mówi. Ale pieniędzy nie
chciał płacić, skurwysyn.
Zerka na mnie podejrzliwie.
- A w Boga wierzy? – pyta.
- Ja?
- No…
Zastanawiam się chwilę. Może lepiej
nie wspominać nic o buddyzmie. W sumie wszystkie religie są podobne, no i skoro
wierzę w ludzi, w świat, w podróże, w autostop… to w Boga w zasadzie też… On na
pewno wierzy, więc lepiej powiedzieć że tak…
- Wierzę.
- A po co?
- Jak to po co? A pan nie wierzy?
- No nie bardzo.
- Czemu?
- No bo gdzie jest Bóg niby? –
takiego obrotu spraw się nie spodziewałem, ale już głupio teraz zmieniać zdanie…
- No jak to… No w drugim człowieku
na przykład.
- Gdzie?
- No… - usiłuję wymyślić coś ładnego
i sensownego zarazem – na przykład ja spotykam Boga w ludziach, którzy mnie
biorą na stopa – zerka na mnie raczej szyderczo.
- Eee tam na stopa… A co z tego
stopa…
- No jak to… Pan mnie podwozi,
rozmawiamy, trochę się o świecie można dowiedzieć…
- No, ciebie podwożą a ja co niby z
tego mam? – zapala papierosa. – Nic!
Nie wiem co odpowiedzieć. W sumie
racja.
Potem zrobił dodatkowe czterdzieści
kilometrów drogi, żeby mnie wysadzić na granicy, po czym pojechał do domu pić.
Rzucam plecak na ziemię i patrzę na
przejście graniczne. Na pieszo nie wolno. Muszę kogoś poprosić o przewiezienie.
Zerkam na białego transportera, który wraca tą samą drogą którą tutaj
przyjechaliśmy.
Faktycznie,
nic z tego nie miał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz