czwartek, 23 października 2014

„Wataha Opancerzonych Traktorów”

            Była sobota rano i ruch był tak mały, jak czasem na filmach amerykańskich o ludziach, którzy stoją na środku pustyni z wyciągniętą ręką i kciukiem podniesionym w górę. Wsiadłem więc w autobus, żeby przejechać kilka skrzyżowań i zawęzić możliwość pominięcia mnie na drodze.
            Kilkanaście minut później stanie z kartką nabrało sensu. Jednym z pierwszych aut, jakie mnie mijały, jechał gruby ponury gość w okularach, spojrzał mi prosto w oczy i pojechał dalej.
            - „Cham” – pomyślałem, klasyfikując razem z innymi kierowcami, którzy nie tylko cię nie wezmą, ale chętnie sprawią, że poczujesz się gorzej.
            Za minutę ten sam kierowca pojechał w przeciwną stronę, wykręcił i chwilę później siedziałem koło niego.
            - Paweł – powiedział ściskając moją rękę.
            - Specjalnie pan zawrócił dla mnie? Dziękuję.
            - Paweł jestem - powiedział. - Nie lubię jak mówią do mnie Pan.
            - No ja w sumie też. Mam dwadzieścia sześć i też już się zaczyna, a ja się wcale nie poczuwam.
            - To ja mam czterdzieści osiem i też się wcale nie poczuwam do bycia panem.
            Uśmiechnął się i jechaliśmy dalej.
            - Grasz w jakieś giercuchy czasem? – zagaił.
            - W sensie, że na komputerze?
            - Ta…
            - Nie za bardzo, ale kiedyś, kiedyś się zdarzało. A ty grasz?
            Kiwnął dumnie głową.
            - W World of Tanks!
            - O co tam chodzi?
            - Masz czołg i prowadzisz bitwy.
            - Fajnie.
            - Bardzo fajnie. Jestem w klanie, który składa się z pięćdziesięciu trzech osób i gramy razem.
            - Przeciwko sobie?
            - Nie. Przeciwko innym klanom. Tam jest cały świat stworzony. Masz klany. Prowadzisz bitwy. Najlepiej jest jak stworzy się pluton i całym plutonem się walczy przeciwko innym.
            - A wy się znacie?
            - No na tym "speaku" tam sobie gadamy na razie. Niektórych znam też z realu, ale chcemy zorganizować wspólną majówkę w górach to wtedy się wszystkich pozna. Bo w naszym klanie są ludzie z całej Polski: Gdańsk, Szczeciń, Łódź, Warszawa, Suwałki, Białystok… No dużo, dużo…
            - A każdy może być w takim klanie?
            - No na razie to jest młody klan, bo my go stworzyliśmy jakiś rok temu, więc przyjmujemy w zasadzie każdego. Każdego kto umie grać, bo wiadomo że się zdarzają porąbusy różne. No, ale to się bierze takiego kandydata na dwie, trzy bitwy i już wiadomo z kim ma się do czynienia. Amatorów i porąbusów nie przyjmujemy do klanu. Nie ma takiej możliwości. Ale my i tak jesteśmy raczej otwarci. Bo my jesteśmy jedynym klanem chyba, któremu chodzi tylko i wyłącznie o dobrą zabawę. Bo to bywa różnie, wiesz. W tej grze do ósmego poziomu to jest lajt, ale potem zaczynają się schody. Żeby wygrywać trzeba mieć sprzęt, extrasy, możliwości, no i umiejętności. Różne są czołgi: medy, niszczyciele czołgów, artyleria. A żeby to mieć na wyższych poziomach to już trzeba mieć gold, czyli złoto. Żeby mieć gold to albo trzeba dużo wygrywać, dużo zabijać, albo po prostu za to zapłacić realnymi pieniędzmi. Więc już się robi poważnie. Niektóre klany mają straszne ciśnienie, żeby mieć gold, mapę, swoje lotnisko. My to jesteśmy na luzie, chociaż jest u mnie w klanie taki kolega, który w tydzień doszedł do dziesiątego poziomu.
            - Nieźle - powiedziałem starając się za wszystkim nadążać.
            - Ale to jest inwalida na rencie, bo ma jedno oko tylko. Pracuje na pół etatu, więc ma czas… Ale ma chłop zaparcie jak nikt.
            - A taki klan to ma jakąś nazwę?
            Paweł wyraźnie się ucieszył i przez kilka chwil śmiał się głośno.
            - No! Gra się nazywa World of Tanks, czyli w skrócie WOT, co jest zastrzeżone. A my się nazywamy W-zero-T – chwilę zajęła mi wizualizacja tego skrótu: W0T. – Rozumiesz?
            - Jasne.
            - Obeszliśmy reguły trochę, bo rozwinięcie naszej nazwy to Wataha Opancerzonych Traktorów.
Paweł wyraźnie się cieszył, kiedy o tym wszystkim opowiadał.
- I tak codziennie grasz?
- A co to? Jedna bitwa to jest piętnaści minut, to sobie można przed snem ze dwie bitwy zawsze strzelić. Zresztą lubię sobie tam wejść i z chłopakami pogadać bo jest wesoło. Naprawdę wesoło. Wczoraj na przykład się ze mnie śmiali, że już tego mojego niszczyciela czołgów się gorzej nie dało postawić, a koniec końców się okazało, że wygrałem bitwę dla całej drużyny, także widzisz… To różnie bywa.
- A żona się nie wkurza?
Paweł się zamyśli.
- Powiem ci tak, ja jestem 25 lat po ślubie. My z żoną to już w zasadzie nie możemy na siebie patrzeć, dlatego mieszkanie w różnych miastach robi nam dobrze – uśmiechnął się. – Jeden syn ma 24 lata i jest kompletnie przekonany, że jest dorosły i będzie decydował o sobie. Jak mu w pewnym momencie kazałem się brać za pracę licencjacką trochę bardziej stanowczo, to od tamtej pory za bardzo ze sobą nie rozmawiamy. A młody ma teraz 17 i za rok zdaje maturę. Jak uzna, że chciałby się przeprowadzić to u mnie pokój zawsze znajdzie.
Ekrany wygłuszające zmieniły kolor na niebieski.
- To by było tak w skrócie o moim życiu – westchnął.
- A nie chciałeś samolotów spróbować na przykład? – spróbowałem zmienić temat na weselszy.
            - No, co ty?! Nigdy - odparł zdegustowany. – W samolocie to cię mogą w każdej chwili trafić, a czołgista z głową na karku to nawet artylerii potrafi uniknąć jak trzeba. To jest zupełnie inne życie.

środa, 8 października 2014

„Królewna w ciągu jednego pokolenia”

Wojtek, 25 lat, osobowy.
           
- Przecież ja byłem w Anglii, mieszkałem półtora roku, pracę miałem taką, że płacili mi dziesięć tysięcy za miesiąc plus lot do Polski na weekend co cztery tygodnie.
            - Ale wolałeś wrócić?
            - No tak… Ale tam to  nikogo na stałe nie znajdziesz, wiesz… Bo nawet jak są Polki to one tam szukają Anglika, a i Anglicy wolą dziewczyny zza granicy bo oni nie chcą nic na poważnie. Teraz ludzie nie chcą rodziny, tylko wolą się sami najpierw ustawić. Dziewczyna teraz to najpierw chce mieć dobrą pracę. A jak ma dobrą pracę to ma już trzydziestkę, a dla mnie taka dziewczyna to już za stara jest.
            - A swoją dziewczynę poznałeś już w Polsce?
            - Tak. Ale w Polsce to też tak jest beznadziejnie... Nikt nie uświadamia sobie, że do niektórych rzeczy dochodzi się pokoleniami. Wiadomo, że jak ojciec jest prawnikiem to dziecku będzie łatwiej. Jak się ktoś wychował na wsi zabitej dechami i potem pojedzie na studia do miasta to ma o wiele ciężej niż inni. Ale o takich rzeczach się nie myśli. Ludzie teraz chcą zostać królewną w ciągu jednego pokolenia. A tak się przecież nie da.

poniedziałek, 6 października 2014

„Tylko mnie nie zarzynać…”

            - Tylko mnie nie zarzynać i nie okradać – powiedział Rafał, kiedy zamknąłem za sobą drzwi.
            - W sumie nie myślałem, o tym ale to ciekawy pomysł – odparłem.
            Chłopak roześmiał się szeroko, po czym odebrał dzwoniący do niego telefon i ruszył na trasę. Rozmawiał przez zestaw głośnomówiący, z kolegą który za kilka dni się ma przeprowadzić do nowego mieszkania z żoną, czekają też na dziecko. Rafał zaproponował, żeby kolega powiedział mu kiedy i o której się przeprowadza to on weźmie dzień wolny i mu pomoże, ale kolega odparł że przecież ma od tego ludzi – swoich pracowników, i że będzie dobrze. Zaprosił Rafała do siebie w weekend, ale ten powiedział że właśnie jedzie do Poznania, a w weekend akurat się umówił z Martusią.
            - A jak z tamtą… Anią? Czy jak ona była? – zapytał kolega.
            - Agata. Ale to już nieaktualne. Zresztą potem jeszcze Gosia była.
            Rozmówca się roześmiał.
            - A jak tam dzidzia? – dopytywał „mój kierowca”.
            - No powoli. Jeszcze kilka tygodni. A jak tam u ciebie z mieszkaniem?
            - No, stary, ja się przeprowadzam teraz już normalnie do Warszawy, na Pragę, no zresztą wiesz…
            - No wiem. A jak z kredytem?
            - No stary, ja ci powiem że jest. To znaczy, jeszcze nie dostałem konkretnie na piśmie, ale rozmawiałem z kolegą który pracuje w banku, że na pewno będzie.
            - Aha.
            - Bo ja do kilku banków składałem, wiesz jak jest teraz. Jak chcesz to ja zadzwonię do tego mojego kolegi, może ci jakoś pomoże.
            - Nie, nie… Spoko. Ja tam coś załatwiał, powinno być dobrze.
            - No, jak coś to wiesz…
            - Dzięki. To się odzywaj jak wrócisz do Warszawy i będziesz miał czas.
            - Spoko, spoko. No, to na razie.

Rozłączył się.

            - A to teraz taki kłopot, żeby kredyt dostać jest? - spytałem.
            - No, stary. A ile ty masz lat?
            - 25.
            - No. To te osiem lat temu, to się jeszcze nie interesowałeś tematem pewnie mieszkań i kredytów…
            - No ja do tej pory się za bardzo nie interesuję.
            - No to lepiej dla ciebie. Ale chodzi o to, że te osiem czy dziesięć lat temu, to kredyt dostać było bardzo łatwo. Naprawdę. A teraz, to tak cię sprawdzają, na wszystkie strony, zdolność kredytowa, praca, dochody, rodzina, coś tam, sroś tam. No masakra.
            - A czym się zajmujesz?
            - No ja to w sumie po prostu jeżdżę po Polsce i wciskam ludziom kit.
            - Czyli, że co?
            - No jestem komiwojażerem.
            - I sprzedajesz garnki?
            - Nie… Wsadzam produkt do sklepów. Tak jak teraz, jadę do Poznania. Jutro rano mam spotkanie z potencjalnym kupcem. Wiesz jak jest, no to taka robota że czasem trzeba posmarować, czasem zabrać na imprezkę, czasem wycieczkę, czasem na dziwki. I tak chodzisz z tymi ludźmi, dbasz żeby się dobrze czuli i przypominasz co jakiś czas żeby nie zapomniał, że ma kupić od ciebie conieco.
            - A co to za produkt.
            - Kurde… No, kleje do glazury sprzedaje. Nie tylko co prawda, ale głównie. Pewnie znasz. Kiedyś była taka reklama, z tym znanym takim tym… no takim znanym kolesiem. Nie ważne.

            Jedziemy chwilę w milczeniu.

            - Ale to są pierdoły straszne. To znaczy, wiesz, kasa jest ale robota chujowa bo to korporacja. Co parę dni przychodzi ktoś do ciebie i ci pod nosem coś brzdąka, że będą redukcje pracowników, że mało pieniędzy, że coś tam i generalnie daje do zrozumienia, żebyś lepiej udawał że zapierdalasz.
            - I co? Pasuje ci to?
            - No, powiem ci, że nie narzekam w sumie. Ale znasz złotą zasadę: „miej wyjebane, a będzie ci dane”.

            Potem klasycznie zeszło na temat autostopu i tego że Rafał sam nigdy tak nie jeździł, ale za to często jeździ autem za granicę i tak na przykład rok temu był w Odessie ze znajomymi i nie mieli gdzie spać. Zagadali z kimś w barze (o ile dobrze pamiętam) i człowiek zaproponował im bardzo tani hotel. Zgodzili się od razu, poczekali chwilę na kogoś, kto miał ich zaprowadzić na miejsce i nagle pojawił się wielki, łysy gość w czarnej skórze, który okazał  się być bardzo miłym człowiekiem i faktycznie ich zaprowadził, wszystko wytłumaczył (na tyle, na ile byli w stanie się porozumieć).
            Każdy dostał pokój, Rafał akurat najmniejszy, gdzieś na dole ale zupełnie mu to nie przeszkadzało. Położył się i śpi. Aż w pewnym momencie za ścianą ktoś zaczął uprawiać bardzo głośny i bardzo intensywny seks. Trwało to może dwadzieścia minut, po czym ludzie z pokoju wyszli. Rafał starał się więc spać dalej, ale za jakiś czas ktoś wszedł do tego samego pokoju i historia powtórzyła się na nowo.
            - Wtedy już mniej więcej wiedziałem „co jest pięć”, ale tak z czystej ciekawości poszedłem na recepcję się dopytać. Wychodzę, a na tam na kanapie siedzi z dziesięć lasek, ubranych jak do pierwszej sceny niemieckiego pornosa i się do mnie uśmiechają. No to się uśmiechnąłem, a co.
            Na recepcji siedziała młoda dziewczyna, która skończyła polonistykę, więc bez problemu się dogadali. Wyjaśniła mu, na czym polega to miejsce, i że po za tym jest to normalny hotel, ale nie każdemu to odpowiada.

            - Mnie tam odpowiadało – uśmiechnął się Rafał i odebrał kolejny telefon przez zestaw głośnomówiący. Rozmowa była bardzo podobna do poprzedniej: kredyt, praca, odwiedziny w Warszawie, nie może bo się umówił z Martusią, przedwczoraj zachlał z kumplem. Potem była kolejna taka rozmowa. I kolejna. Aż w końcu wysadził mnie na stacji benzynowej.
„Czemu lepiej nie brać autostopowiczów”

            - Wiesz co, ty sobie tak tym stopem jeździsz a moja koleżanka mi opowiedziała taką historię ze swojego życia, że sam zwątpiłem – powiedział Michał, który wyglądał na kilka lat młodszego ode mnie.
            Jechała późnym wieczorem do domu. Z Siedlec się jedzie do niej przez takie różne małe miejscowości, aż na wieś, gdzie mieszka. No i zobaczyła – stoi gość. Taki po trzydziestce, elegancki, w garniturze, z neseserem, no to stwierdziła „a co tam”, weźmie go.
            I całą drogę był jakiś dziwny, a w pewnym momencie tak się na nią popatrzył i powiedział:
            - Ładnie wyglądałabyś w trumnie.
            Ona w szoku. Nie wie co się dzieje. Wystraszona potężnie. Rozgląda się, a oni są w lesie. Do miasteczka jeszcze kilka minut jazdy. No i w końcu wpadła na pomysł. Powiedziała mu, że chyba coś w kole stuka i żeby poszedł sprawdzić. On wysiadł, kucnął przy tylnim kole, a ona w tym czasie gaz i w długą.
I on tam został w tym lesie w tym swoim garniturze.

            A najgorsze było dopiero potem, bo u niej w samochodzie został jego neseser. Jak ona go potem otworzyła to się okazało, że gość miał w nim siekierę…

sobota, 4 października 2014

„Gdzie w Polsce masz ocean?”

            Oczywiście zawsze jest kwestią przypadku, ile czasu spędza się czekając na podwiezienie, bo pewnie gdybym po prostu wyszedł łapać trzy godziny później to czekałbym tylko pięć minut, a tak czekałem trzy godziny pięć minut stojąc na wylocie z Zakopanego.

            - Ja pod Nowy Targ jadę to mogę cię podwieźć ze 20 km – powiedziała trzydziestoletnia dziewczyna z mocną opalenizną jeżdżąca starym, małym renault.

Karolina zdążyła mi wyjaśnić, że tutaj ludzie nie biorą autostopowiczów, bo „to takie buraki są w Zakopanem właśnie”. Ona sama jest z Gdańska ale przyjechała tutaj osiem lat temu i już tak została. Ma uczulenie na komary, a w górach amplituda temperatur jest tak duża, że w zasadzie ich tutaj nie ma.
Fajnie jej się tu żyje, ale do górali trzeba się przyzwyczaić bo wiadomo jacy są.
- Jacy są?
- No góral to cham, pijak i kłamca. Przecież to co się dzieje w tych góralskich rodzinach to jest czysta patologia. Ale nikt tutaj o tym nie rozmawia, nikt się nikomu nie wtrąca, wszyscy wszystko tolerują. No ale co zrobić, tak już tutaj jest.

Miesiąc temu wzięła ślub z góralem. On jest kucharzem. Poznali się w pracy bo ona odkąd tutaj przyjechała, pracuje głównie jako kelnerka.
Mówi z uśmiechem:

- Skończyłam oceanografię, ale to był poroniony pomysł, no bo gdzie w Polsce masz ocean?

środa, 1 października 2014

„Na dziś już wystarczy autostopowiczów”

Marcin, osobowy, 23 lata

            Wysadzili mnie kawałek za rondem w Radomiu, z którego można było pojechać w zasadzie we wszystkie strony świata. Kiedy doszedłem do odpowiedniego zjazdu, okazało się że na przystanku autobusowym już ktoś łapie.
            Był to chłopak przed trzydziestką. Miał ze sobą tylko torbę na jedno ramię. To był Bartek, ale poznać się mieliśmy dopiero parę minut później. Na razie podchodzę do niego i pytam:
            - Daleko łapiesz?
            - Nie. Trzydzieści kilometrów.
            - Mogę ci porobić konkurencję?
            - Spoko – wzruszył ramionami.
            Stanąłem z kartonem jakieś dwadzieścia metrów za nim i po kilku minutach zobaczyłem jak osobowa toyota zatrzymuje się na przystanku i go zabiera. Machnął do niego na pożegnanie i w tym momencie samochód zatrzymał się koło mnie.
            - Dawaj! – krzyknął kierowca, który wyglądał na jakieś osiemnaście lat.

            Bartek faktycznie jechał tylko kawałek. Pracuje w Radomiu, a mieszka w Białobrzegach. Pracuje w firmie elektronicznej „przy różnych pierdołach”, jak to sam ujął. Codziennie wstaje o 5.30, o 6.20 ma pekaes to Radomia. Potem zawsze wraca stopem, bo już powrotnego nie ma.
            - I tak bez kartki łapiesz? – spytałem kierowany jeszcze radami jednego kierowcy, sprzed kilku miesięcy.
            - Tak. Mnie tu już dużo ludzi zna, z tych co jeżdżą to tak się zabieram. Albo rowerem też jeżdżę często. Tylko dziesięć kilometrów mogę ulicą, bo potem już jest znak, że nie można. Jakbym jechał dalej to 500zł mandatu można dostać. O to ten znak.
            - A z robotą u ciebie to ciężko pewnie? – spytał Marcin, który jednak okazał się nie osiemnastoletnim licealistą, a dwudziestoczteroletnim studentem technologii żywności.
            - No ciężko… - zamyślił się Bartek.
            Z ocenianiem ludzi na oko można się zazwyczaj mocno pomylić, ale widać było po Bartku, że jest raczej samotnym gościem, który mieszka z rodzicami i jest dobry w jakimś-takim elektronicznym majsterkowaniu.
            - Ja bym tutaj pod mostem wysiadł, co?
            - Jasne. A potem masz daleko jeszcze?
            - Nie… Dwadzieścia minut przez pola i jestem w domu.

            - Przesiadasz się do przodu?
            Marcin z tyłu wiózł garnitur.
            - Bo ja Warszawie studiuję to jadę się przekimać w akademiku i jutro ruszam dalej bo to gdzieś pod Białymstokiem będzie w ogóle. A to taki kumpel się żeni, co my zawsze mówiliśmy o nim że się nigdy nie ogarnie. Jak szedł w melanż to człowieku… No tragedia po prostu. Nikt by się nie spodziewał, że jakkolwiek spoważnieje, a ten pierwszy z naszej ekipy się hajta.
            - A on jest w twoim wieku?
            - Nie no starszy jest od nas. Jakoś dwadzieścia sześć ma chyba.
            - To w moim wieku.
            - No widzisz – popatrzył na mnie śmiejąc się. – A tobie to chyba nie grozi ślub na razie?
            - No nie bardzo – nie chciałem drążyć tego tematu, więc szybko zeszło na studia i pracę.

            - Jak sobie załatwiłem pracę na wakacje to oni mi powiedzieli, że 1400 mogą mi dać. To ja człowieku wolę już sobie mieć normalne wakacje chociaż. No ale będzie trzeba się w końcu zorganizować, na razie to już piąty rok jadę na socjalnym, stary, 1000 co miesiąc mam i się nie martwię.
            - A skąd socjalne? – zapytałem rozglądając się po całkiem niezłym samochodzie i ubraniach.
            - Rodzice mi przepisali przed studiami kawałek ziemi, no to mam swoje gospodarstwo już, a że z jednego hektara nie wyżyjesz to państwo musi pomóc – roześmiał się trochę w stylu negatywnych postaci z kreskówek. – No ale takie czasy są teraz. I studia, i praca, i dziewczyny są teraz pojebane. Teraz, żeby iść do pracy to musisz mieć doświadczenie dwuletnie wszędzie, no to wiadomo że każdy sobie załatwia lewe papiery no bo jak…

            A po piętnastu kilometrach zeszło na dziewczyny.

            - Idziesz do klubu, postawisz dwa piwa i one już chcą, człowieku. No po prostu tragedia. Żebym ja jeszcze jakoś wyglądał, ale popatrz na mnie.
            Faktycznie nie był to może chłopak w stosunku można by użyć przymiotnika „przystojny”, ale we Władcy Pierścieni też by raczej nie zagrał.
            - Ostatnio sąsiadkę taką poznałem. No faaajna. I ładna i kumata, no zdawałoby się w porządku. Ale pierwsza popijawa, a ona już u mnie w łóżku siedzi. To sobie tak myślę, że skoro mi łatwo poszło to każdemu innemu też mogło. Ja to jak nie muszę powalczyć o dziewczynę z pół roku to w ogóle mnie nie jara coś takiego.

            Pojawiła się tablica miejscowości Pamiątka.
            - A tutaj kiedyś fotoradar był. Taką pamiątkę dostawałeś z wycieczki. Hehe.

            Minęło dwadzieścia kolejnych kilometrów i zobaczyliśmy kobietę, która łapała stopa. Marcin zwolnił na moment, po czym pojechał dalej.

            - Na dziś już wystarczy autostopowiczów – uśmiechnął się do mnie.