„Pojechałem
na granicę, rozejrzałem się, i stwierdziłem że to nie może być trudne”
Mirek, 54 lata, biały dostawczak
Za
kierownicą siedział siwy mężczyzna w koszulce polo i krótkich spodenkach.
Rzuciłem plecak na podłogę pod nogami.
-
Na pakę może damy?
-
Jest ok, nie przeszkadza.
-
No jak chcesz, bo ja na pusto jadę.
Są
takie zdania, które człowiek wypowiada tylko po to, żeby jego rozmówca zapytał
nagle „dlaczego?”. Te zdania zazwyczaj oznaczają początek dłuższej historii,
ale tego nauczyłem się już trochę później…
-
No na pusto jadę bo tam towar mam odebrać po Białymstokiem.
-
A jaki?
-
No papier taki w takich paletach jakby wielkich. Bo my to przerabiamy potem na
ręczniki papierowe.
-
A. To ciekawe.
Mirek zerknął na
mnie podejrzanie, po czym przez kilka minut jechaliśmy w milczeniu. Po prawej
stronie minęliśmy stłuczkę.
- A to dlatego był
korek – powiedziałem, żeby nie siedzieć w krępującej ciszy.
- Nie… Tu zawsze
jest korek – kawałek dalej na poboczu stała starsza kobieta i łapała stopa,
widać od razu że chciała podjechać do sąsiedniej wsi albo coś w tym stylu. - O
następna! Bierzemy? A w sumie nie ma miejsca już. Ja kiedyś tak jadę, jadę i
widzę stoi taka ładna młoda dziewczyna i chce żeby ją zabrać, no to się
zatrzymuję, otwieram drzwi, a tu z rowu wyskakuje jakaś jej babcia chyba i sru
mi do auta. Dziewczyna się pożegnała, a ja z babcią jechałem czterdzieści
kilometrów. No! Taki numer.
- A dużo pan stopowiczów
zabiera?
- No jak są to tak.
Ale teraz to mało kto jeździ już. Jak ja kiedyś jeździłem to były takie
książeczki. To się książeczka autostopowicza nazywało. Ale to za komuny było Pamiętam, jak powiedziałem ojcu że jadę na
komisję wojskową, a pojechałem na egzaminy na studia do Poznania. Polonistykę
studiowałem przez dwa lata. A ojciec wojskowy, to on strasznie chciał żebym ja
się do armii szkolił. No, a ja długie włosy, tego… wszystko, dzieci kwiaty, te
sprawy, se po Jarocinach gdzieś jeździłem i było mi dobrze…
No i poszło.
…a
jak miał być stan wojenny, no bo to się czuło. To się załapałem na taką
wycieczkę, że się leciało przez Kanadę. No to poleciałem, no i pierwsze co to
wyskoczyłem z samolotu na lotnisku i zgłosiłem się po azyl. No a w Kanadzie to
było tak, że jak wnioskowałeś o azyl to czekałeś miesiąc na decyzję na miejscu,
no i ja przez ten miesiąc tam sobie mieszkałem, a że w Polsce w piłkę dużo
grałem no to sobie tam też znalazłem drużynę w takim klubie tam i sobie tak ten
miesiąc na decyzję czekałem.
Po
miesiącu dali mi azyl na rok chyba. Bo to jakoś tak było, że co roku to się
odnawiało czy coś. No i ja tam zacząłem pracować przy jakichś budowach, tego,
no i w tą piłkę graliśmy.
A
w tej Kanadzie, to nagle z tygodnia na tydzień coraz więcej Polaków było bo
wszyscy spierniczali przed komuną. No i tak jakoś do mnie przyszli w pewnym
momencie tacy dwaj goście, Polacy, i tak
podpytują że ja tu znam ludzi, że tego, że tamtego, no i czy ja bym nie pogadał
żeby ich kto przewiózł przez granicę do Stanów. No to jak poszedłem na trening
popytałem chłopaków, ale wszyscy że to niebezpieczne, że coś tam, że lepiej nie
ryzykować. No ale, że tam do granicy to moment był, bo to koło Montrealu
mieszkałem, to wziąłem wieczorem samochód pożyczyłem i pojechałem na granicę.
Rozejrzałem się i stwierdziłem, że to nie może być trudne przeż tam są same
lasy, ciemno, kto to dojrzy co się dzieje.
No
to przewiozłem tych Polaków. Tam było ich chyba z pięciu to jeszcze większe
auto pożyczyłem i w nocy tam przez las ich przeprowadziłem, potem wróciłem no i
już. Prosta sprawa.
Potem
na treningu opowiedziałem kolegom o tym, a oni się pytają ile od nich wziąłem.
Ja mówię, że nic. W końcu to Polacy, to co będę z nich zdzierał. A oni na to,
że za coś takiego to jest tysiąc dolarów od osoby.
I
wtedy Mirkowi przyszedł pomysł na biznes życia.
Grał
w piłkę, od czasu do czasu pracował przy budowach i remontach, a raz w tygodniu
wieczorami przewoził Polaków przez zieloną granicę do USA. Potem firma się
rozrosła. Zaczął przewozić również inne nacje. Kupił auto. Potem drugie.
Coraz mniej grał w
piłkę.
Jako
Polak mieszkający w Kanadzie miał całkiem nieźle, ale co roku musiał odnawiać
swoje pozwolenie na pobyt. W końcu nadeszła sytuacja ostateczna:
-
Żenisz się, albo w przyszłym roku cię wywalą.
-
No ja tam kobiety jakieś miałem wiadomo, ale nie żeby się żenić zaraz. Była
wtedy jedna taka Krysia. Ona to chciała nawet od razu, ale jakoś nie pasowała.
Zresztą córę już miała dorosłą. A potem była taka adwokatka, co mi ją kolega polecił
że mi załatwi pobyt. No dobra była też, ale to kanadyjka, inna kultura, zresztą
potem się okazało, że pod kopułą trochę nie tego…
No
i w końcu się pojawiła Maria – Polka, która mówiła biegle po francusku. Też już
miała dziecko z poprzedniego związku, ale nie miało to znaczenia bo małżeństwo
miało być „na lipę”. Potem dość szybko się rozwieść – najlepiej ze względu na
„nieskonsumowane” małżeństwo.
Ale ona często
chciała to zmienić…
Zdarzały
się sytuacje, kiedy pododawała obiad w fartuchu. Samym fartuchu.
Albo
sprzątała pokoje w stroju francuskiej pokojówki.
No
różne… Aż czasem ciężko było się powstrzymać, ale dał radę. Zresztą równolegle
miał jakieś koleżanki. Nie ważne.
Żona
przydała się jeszcze tylko raz, oprócz przedłużenia pobytu.
Robił
kurs na granicę. Odstawił towar. Pojechali do Stanów już. On miał wracać do domu, ale był akurat w
nowym miejscu i pech chciał, że zabłądził. Nie wiedział, gdzie zaparkował.
Pojawił się radiowóz.
Ciężko jest wyjaśnić
przyczyny swojej obecności w takim miejscu.
No to komisariat.
Dołek. Potem wyprosił, że żona, że telefon… No i dzwonią. I odbiera i jak
słyszy co się stało, to zaczyna po francusku krzyczeć przez słuchawkę. I o ile
Mirek nie rozumiał, co ona tam krzyczy to policjanci doskonale. I tylko patrzył
im po twarzach, jak najpierw się śmieją, a potem coraz bardziej i coraz
bardziej mu współczują.
A ona swoim damskim
polsko-francuskim głosem mówiła, żeby oni go nie wypuszczali stamtąd nigdy!
…że jak ona go
dorwie to mu jaja urwie bo miał tylko na chwilę gdzieś na granicę po kolegę
pojechać a już go nie ma tyle czasu, na bank jakieś kurwiszony posuwa i ona to
go już widzieć nie chce.
Jak go wypuszczali
z komisariatu, podobno jeszcze się śmiali trochę. Ale i współczuli…
To dobry człowiek
był i miał w głowie wiele opowieści. Mówił o swoim ulubionym zespole –
Tangerine Dream – i o tym jak kiedyś poleciał z kolegą nielegalnie awionetką do
Meksyku i z powrotem. Dziś to byłoby nierealne – mówi – dziś to by nas
zestrzelili od razu.
Do Polski wrócił na
początku lat 90’ mając tyle pieniędzy, że mógłby kupić sześć mieszkań w centrum
Warszawy. Powiedział o tym znajomym, którzy powiedzieli innym znajomym, a ich
znajomi z kolei mieli pomysł na genialny biznes. I tak właśnie wszystkie
zarobione w Kanadzie pieniądze, Mirek stracił w ramach inwestycji w firmę,
która zbankrutowała równie szybko jak powstała.
- Takie czasy były
wtedy w Polsce. Można było szybko zarobić, jak i szybko stracić. No i ja
straciłem – mówi zmieniając piosenkę w odtwarzaczu na trochę weselszą.
Jakiś czas potem
okazało się, że ma kłopoty bo szef nie zostawił mu na koncie i nie będzie mógł
tego papieru wykupić z hurtowni, więc nie wie po co w ogóle tam jechał i zaczął
intensywnie wykonywać kolejne telefony.
Mnie wyrzucił
gdzieś na skrzyżowaniu, w małym miasteczku. Jakiś starszy mężczyzna pił piwo, a
Mirek pojechał dalej. A historie z jego życia zawisły w powietrzu nad trasą,
którą przejechaliśmy.