niedziela, 21 września 2014

„Pojechałem na granicę, rozejrzałem się, i stwierdziłem że to nie może być trudne”

Mirek, 54 lata, biały dostawczak

            Za kierownicą siedział siwy mężczyzna w koszulce polo i krótkich spodenkach. Rzuciłem plecak na podłogę pod nogami.
            - Na pakę może damy?
            - Jest ok, nie przeszkadza.
            - No jak chcesz, bo ja na pusto jadę.

            Są takie zdania, które człowiek wypowiada tylko po to, żeby jego rozmówca zapytał nagle „dlaczego?”. Te zdania zazwyczaj oznaczają początek dłuższej historii, ale tego nauczyłem się już trochę później…

            - No na pusto jadę bo tam towar mam odebrać po Białymstokiem.
            - A jaki?
            - No papier taki w takich paletach jakby wielkich. Bo my to przerabiamy potem na ręczniki papierowe.
            - A. To ciekawe.
Mirek zerknął na mnie podejrzanie, po czym przez kilka minut jechaliśmy w milczeniu. Po prawej stronie minęliśmy stłuczkę.
- A to dlatego był korek – powiedziałem, żeby nie siedzieć w krępującej ciszy.
- Nie… Tu zawsze jest korek – kawałek dalej na poboczu stała starsza kobieta i łapała stopa, widać od razu że chciała podjechać do sąsiedniej wsi albo coś w tym stylu. - O następna! Bierzemy? A w sumie nie ma miejsca już. Ja kiedyś tak jadę, jadę i widzę stoi taka ładna młoda dziewczyna i chce żeby ją zabrać, no to się zatrzymuję, otwieram drzwi, a tu z rowu wyskakuje jakaś jej babcia chyba i sru mi do auta. Dziewczyna się pożegnała, a ja z babcią jechałem czterdzieści kilometrów. No! Taki numer.
- A dużo pan stopowiczów zabiera?
- No jak są to tak. Ale teraz to mało kto jeździ już. Jak ja kiedyś jeździłem to były takie książeczki. To się książeczka autostopowicza nazywało. Ale to za komuny było  Pamiętam, jak powiedziałem ojcu że jadę na komisję wojskową, a pojechałem na egzaminy na studia do Poznania. Polonistykę studiowałem przez dwa lata. A ojciec wojskowy, to on strasznie chciał żebym ja się do armii szkolił. No, a ja długie włosy, tego… wszystko, dzieci kwiaty, te sprawy, se po Jarocinach gdzieś jeździłem i było mi dobrze…

No i poszło.

            …a jak miał być stan wojenny, no bo to się czuło. To się załapałem na taką wycieczkę, że się leciało przez Kanadę. No to poleciałem, no i pierwsze co to wyskoczyłem z samolotu na lotnisku i zgłosiłem się po azyl. No a w Kanadzie to było tak, że jak wnioskowałeś o azyl to czekałeś miesiąc na decyzję na miejscu, no i ja przez ten miesiąc tam sobie mieszkałem, a że w Polsce w piłkę dużo grałem no to sobie tam też znalazłem drużynę w takim klubie tam i sobie tak ten miesiąc na decyzję czekałem.
            Po miesiącu dali mi azyl na rok chyba. Bo to jakoś tak było, że co roku to się odnawiało czy coś. No i ja tam zacząłem pracować przy jakichś budowach, tego, no i w tą piłkę graliśmy.
            A w tej Kanadzie, to nagle z tygodnia na tydzień coraz więcej Polaków było bo wszyscy spierniczali przed komuną. No i tak jakoś do mnie przyszli w pewnym momencie tacy  dwaj goście, Polacy, i tak podpytują że ja tu znam ludzi, że tego, że tamtego, no i czy ja bym nie pogadał żeby ich kto przewiózł przez granicę do Stanów. No to jak poszedłem na trening popytałem chłopaków, ale wszyscy że to niebezpieczne, że coś tam, że lepiej nie ryzykować. No ale, że tam do granicy to moment był, bo to koło Montrealu mieszkałem, to wziąłem wieczorem samochód pożyczyłem i pojechałem na granicę. Rozejrzałem się i stwierdziłem, że to nie może być trudne przeż tam są same lasy, ciemno, kto to dojrzy co się dzieje.
            No to przewiozłem tych Polaków. Tam było ich chyba z pięciu to jeszcze większe auto pożyczyłem i w nocy tam przez las ich przeprowadziłem, potem wróciłem no i już. Prosta sprawa.
            Potem na treningu opowiedziałem kolegom o tym, a oni się pytają ile od nich wziąłem. Ja mówię, że nic. W końcu to Polacy, to co będę z nich zdzierał. A oni na to, że za coś takiego to jest tysiąc dolarów od osoby.

            I wtedy Mirkowi przyszedł pomysł na biznes życia.
            Grał w piłkę, od czasu do czasu pracował przy budowach i remontach, a raz w tygodniu wieczorami przewoził Polaków przez zieloną granicę do USA. Potem firma się rozrosła. Zaczął przewozić również inne nacje. Kupił auto. Potem drugie.
Coraz mniej grał w piłkę.
            Jako Polak mieszkający w Kanadzie miał całkiem nieźle, ale co roku musiał odnawiać swoje pozwolenie na pobyt. W końcu nadeszła sytuacja ostateczna:
            - Żenisz się, albo w przyszłym roku cię wywalą.

            - No ja tam kobiety jakieś miałem wiadomo, ale nie żeby się żenić zaraz. Była wtedy jedna taka Krysia. Ona to chciała nawet od razu, ale jakoś nie pasowała. Zresztą córę już miała dorosłą. A potem była taka adwokatka, co mi ją kolega polecił że mi załatwi pobyt. No dobra była też, ale to kanadyjka, inna kultura, zresztą potem się okazało, że pod kopułą trochę nie tego…

            No i w końcu się pojawiła Maria – Polka, która mówiła biegle po francusku. Też już miała dziecko z poprzedniego związku, ale nie miało to znaczenia bo małżeństwo miało być „na lipę”. Potem dość szybko się rozwieść – najlepiej ze względu na „nieskonsumowane” małżeństwo.
Ale ona często chciała to zmienić…
            Zdarzały się sytuacje, kiedy pododawała obiad w fartuchu. Samym fartuchu.
            Albo sprzątała pokoje w stroju francuskiej pokojówki.
            No różne… Aż czasem ciężko było się powstrzymać, ale dał radę. Zresztą równolegle miał jakieś koleżanki. Nie ważne.

            Żona przydała się jeszcze tylko raz, oprócz przedłużenia pobytu.
            Robił kurs na granicę. Odstawił towar. Pojechali do Stanów  już. On miał wracać do domu, ale był akurat w nowym miejscu i pech chciał, że zabłądził. Nie wiedział, gdzie zaparkował. Pojawił się radiowóz.
Ciężko jest wyjaśnić przyczyny swojej obecności w takim miejscu.
No to komisariat. Dołek. Potem wyprosił, że żona, że telefon… No i dzwonią. I odbiera i jak słyszy co się stało, to zaczyna po francusku krzyczeć przez słuchawkę. I o ile Mirek nie rozumiał, co ona tam krzyczy to policjanci doskonale. I tylko patrzył im po twarzach, jak najpierw się śmieją, a potem coraz bardziej i coraz bardziej mu współczują.
A ona swoim damskim polsko-francuskim głosem mówiła, żeby oni go nie wypuszczali stamtąd nigdy!
…że jak ona go dorwie to mu jaja urwie bo miał tylko na chwilę gdzieś na granicę po kolegę pojechać a już go nie ma tyle czasu, na bank jakieś kurwiszony posuwa i ona to go już widzieć nie chce.
Jak go wypuszczali z komisariatu, podobno jeszcze się śmiali trochę. Ale i współczuli…

To dobry człowiek był i miał w głowie wiele opowieści. Mówił o swoim ulubionym zespole – Tangerine Dream – i o tym jak kiedyś poleciał z kolegą nielegalnie awionetką do Meksyku i z powrotem. Dziś to byłoby nierealne – mówi – dziś to by nas zestrzelili od razu.
Do Polski wrócił na początku lat 90’ mając tyle pieniędzy, że mógłby kupić sześć mieszkań w centrum Warszawy. Powiedział o tym znajomym, którzy powiedzieli innym znajomym, a ich znajomi z kolei mieli pomysł na genialny biznes. I tak właśnie wszystkie zarobione w Kanadzie pieniądze, Mirek stracił w ramach inwestycji w firmę, która zbankrutowała równie szybko jak powstała.
- Takie czasy były wtedy w Polsce. Można było szybko zarobić, jak i szybko stracić. No i ja straciłem – mówi zmieniając piosenkę w odtwarzaczu na trochę weselszą.

Jakiś czas potem okazało się, że ma kłopoty bo szef nie zostawił mu na koncie i nie będzie mógł tego papieru wykupić z hurtowni, więc nie wie po co w ogóle tam jechał i zaczął intensywnie wykonywać kolejne telefony.


Mnie wyrzucił gdzieś na skrzyżowaniu, w małym miasteczku. Jakiś starszy mężczyzna pił piwo, a Mirek pojechał dalej. A historie z jego życia zawisły w powietrzu nad trasą, którą przejechaliśmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz