poniedziałek, 1 czerwca 2015

„Jak ktoś raz spróbował pracy w lesie to już do cyrku nie pójdzie.”

Białoruś.
Siergiej, 25 lat, stary srebrny ford.

            - A wy w Polsce jak mówicie na swoje samochody?
            - Jak to jak? – nie zrozumiałem. – Na samochody?
            - No tak.
            - Po prostu: samochód.
            - Nie… No tam na przykład „taczka” czy coś w tym stylu…
            - No nie wiem. Wóz, bryka?
            - Ooo… No bryka to też mówią u nas… Ale u nas we wsi to normalnie mówisz na swoją maszynę Ania, Tania, Masza… Jak tam chcesz.
            - Czyli, że dajesz imię autu? Jak łódce?
            - A łódce to nie wiem… Ale normalnie gada: „a moja Ania to, a moja Tania to…” no tak jak to we wsi…
            Siergiej ma 25 lat i jest wielkim miłośnikiem samochodów. Teraz jedziemy jego fordem. Stary, srebrny. Kiedy wsiadłem do środka, od razu zaczął kląć na to, że mu dzisiaj odpadł kołpak, hamulce zaczęły nawalać i coś jeszcze, czego zupełnie nie zrozumiałem.
            Jego pierwszy samochód to było „żiguli”. Nie rozumiem, więc pokazuje mi na zdjęciach typowy rosyjski samochodzik. Opowiada, że uruchomienie zajmowało go 20 minut, ale jak już ruszył to ruszył. Tylko często się psuł. Jak miałeś dużo czasu wolnego kiedyś to kupowałeś sobie „żiguli” i już… Każdą wolną chwilę spędzałeś pod samochodem.
            Śmieje się i uderza ręką radośnie w deskę rozdzielczą. Opowiada o wadach swojego pierwszego auta i cieszy się z sentymentem. Tutaj była stacyjka – pokazuje z lewej strony kierownicy. Tutaj ssanie. Tutaj to, a tutaj tamto.
- Po prostu horror! – śmieje się.
            Za oknami kolejne białoruskie wsie.
            - Rosjanie robią broń, czołgi, samoloty, latają w kosmos, podbijają wszystkich, a kurwa normalnego samochodu nie potrafią zrobić… No jak to jest? Sam powiedz.
            - A ty mówisz po rusku czy po białorusku?
            - No jak jadę do Mińska to tylko wtedy po rusku. A tak we wsi to my swojemu gadamy. Taka „treszczianka” trochę ruskiego, trochę białoruskiego, a nawet i polski i ukraiński tam znajdziesz…
            Po rosyjsku mówi się w mieście, bo jak zaczniesz tam mówić po białorusku to patrzą na ciebie jak na kosmitę. No i w ogóle to w mieście jest tak, że jak dzwonisz do kogoś i pytasz czy ci w czymś pomoże to on ci nie powie wprost. On ci powie: „Jeszcze nie wiem… Zadzwoń po obiedzie, może wtedy będę wiedział… No bo teraz to jeszcze to, albo tamto…” A u niego we wsi jest prosto: „Pomogę!” albo „Nie pomogę!” i już, nikt nie gada głupot, nikt nie traci czasu. Ludzie sobie pomagają i są szczerzy, a w Mińsku… No nie miasto to nie dla niego…
            Kiedy miał 17 lat wyprowadził się od matki. Jego ojciec zawsze lubił pić, nie ma z nim kontaktu już chyba z dziesięć lat, ale na pewno jest gdzieś na terenie Republiki. Zresztą nieważne. Na wszystko sam w życiu zapracował. Najpierw miał stypendium, potem poszedł na praktykę i już został. Pracuje jako leśniczy.
- Mówią, że jak ktoś raz spróbował pracy w lesie to już do cyrku nie pójdzie.
            - Jak to? – Siergiej się roześmiał.
            - No bo u nas w robocie jest tyle zabawy i wesoło po prostu.
            Pracuje ich tam czterdzieści osób. W zasadzie to niewiele ma obowiązków. Niby powinien sadzić drzewa i pilnować ich wzrostu, ale jakoś nikomu tego nie potrzeba, więc nie robią póki co. Po prostu jest wesoło. Ale za to z pieniędzmi ciężko. Zarabia 350 dolarów na miesiąc. Kiedyś rubel stał gorzej i zarabiał 1000 dolarów. Trochę podskoczył, a tu taka obniżka wypłat, że można się załamać.
            Ma dziewczynę. Pokazuje ją na zdjęciach w smartfonie. Kiedy dzwoni, mówi jej że wszystko w samochodzie się pieprzy, ale jedzie do domu i ją bardzo kocha.
            Dziewczyna na zdjęciach ma kilkuletnie dziecko. Nie jego. Ale w przyszłości to będzie jego rodzina.
            Jego marzeniem jest kupić domek. Już go wybrał. Taki we wsi. Prosty i mały. 40 metrów kwadratowych.  Już ma odłożone 2000 dolarów, a potrzeba w sumie 7000. Dla Polaków to nie drogo, dla niego cel na ładnych kilka lat…
            - I tutaj nasze drogi się rozchodzą…
            - Co? – zdziwiłem się.
            - Ja jadę w lewo na wieś. Ty prosto na Brest, jak droga prowadzi.